logo
Piątek, 21 lipca 2017 r.
imieniny:
Daniela, Danieli, Wawrzyńca, Wiktora – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Mariusz Pohl
Chrześcijańska radość w stanie uśpienia
Przewodnik Katolicki
 


Wezwanie do radości zawiera się w wielu tekstach Starego i Nowego Testamentu. Nie jest to tylko zdawkowa zachęta do taniego optymizmu i powierzchownej wesołości, lecz integralna, istotowa cecha wiary.
 
Wiara pozwala przeżywać ewangeliczną radość w świecie pełnym cierpienia, krzywd i przeciwności. Dla Ludu Wybranego radość płynąca z przymierza oraz z zaufania do Boga miała być ratunkiem w chwilach kryzysu i klęski. Dla chrześcijan, zwłaszcza w tych pierwszych trudnych latach prześladowań, radość w Panu, radość płynąca z wiary była ratunkiem na zniechęcenie i lęk. To właśnie wiara daje siłę do przezwyciężania każdej trudności i jest źródłem niezachwianej radości.

Jak papryczki w occie
 
A jednak tego ewangelicznego wezwania, wręcz nakazu radości, nie wypełniamy jak należy, a nieraz nawet go nie rozumiemy. Nic dziwnego, że zwrócił na to uwagę papież Franciszek. Powiedział ostatnio znamienne słowa: „Radość jest jakby znakiem rozpoznawczym chrześcijanina. Chrześcijanin bez radości nie jest chrześcijaninem albo jest chory. Innej możliwości nie ma! Coś jest nie tak z jego zdrowiem. Chrześcijańskie zdrowie to radość! Kiedyś powiedziałem, że są tacy chrześcijanie o twarzach skwaszonych jak papryczki w occie. (…) Tacy nie są chrześcijanami. Chrześcijanie bez radości nie są chrześcijanami. Radość jest pieczęcią chrześcijanina. Nawet wśród bólów i udręk czy wręcz prześladowań”.
 
Wiele rzeczy moglibyśmy potraktować jako oznakę i dowód wiary: przestrzeganie przykazań, chodzenie do kościoła, pobożną modlitwę… Ale żeby jako pieczęć chrześcijanina i warunek „chrześcijańskiego zdrowia” potraktować radość – na to chyba byśmy nie wpadli. Radością tryskają reklamy i kabaretowe noce w telewizji, puby i dyskoteki, ale raczej nie kościoły. Czy papież przypadkiem się nie pomylił lub nie przesadził? A jednak jego słowa nie pozostawiają wątpliwości: chrześcijanie bez radości nie są chrześcijanami, bo nie dają świadectwa swej żywej wiary.
 
Radość serca i radość wspólnoty
 
Owszem, katolicy na różne sposoby mogą deklarować swoją przynależność wyznaniową, sympatie wobec duchownych, przywiązanie do tradycji, ale to jeszcze nie jest wiara. Ewangelia ukazuje wiarę jako żywą, osobistą i rzeczywistą więź z Bogiem, przemieniającą dogłębnie nasze życie, osobowość, sposób myślenia i reagowania. Taka więź wyraża się właśnie przez radość: najpierw głęboką radość serca, które doświadczyło Bożej miłości i przebaczenia, a potem przez radość, którą chcemy się dzielić z innymi i przeżywać razem we wspólnocie. Nie chodzi tylko o samo uczucie, stan emocjonalny, ale raczej o radość egzystencjalną, o postawę głębokiej radości, która płynie z przyjęcia zbawienia. Człowiek, który jest pewny miłości Chrystusa nie musi się niczego lękać i w każdej sytuacji jest pewny swego bezpieczeństwa, które gwarantuje mu Bóg.
 
A wtedy może przeżywać i okazywać tę głęboką radość nie tylko w sercu, ale i w życiu, a szczególnie w kościele. Z pozytywnym zdziwieniem oglądamy nieraz filmy pokazujące nabożeństwa w amerykańskich kościołach z udziałem charyzmatycznych pastorów, entuzjastycznych chórów gospel i żywymi reakcjami wiernych na kazanie, modlitwy, śpiew. Widać w tym niekłamaną radość wiary. Ludzie spontanicznie przytakują, wyrażają swoją akceptację, uśmiechają się, podają sobie ręce. Nikt nie jest obojętny na sąsiada w ławce, czuje się ducha autentycznej wspólnoty.
 
Jak to kontrastuje z naszym stylem przeżywania liturgii. W polskich kościołach na Mszy panuje raczej nastrój powagi i powściągliwości. Prawie nikt nie okazuje swoich uczuć, natomiast na twarzach maluje się nieraz skupienie i zatopienie w osobistej modlitwie. Można odnieść wrażenie, że próbujemy się odgradzać od sąsiadów z ławki jakimś wyrazem obojętności i zamknięcia w sobie. Nawet znak pokoju na ogół przekazujemy sobie bez zbytniego osobistego zaangażowania. Niezbyt chętnie też włączamy się do wspólnych śpiewów i modlitw. Od ołtarza wyraźnie widać, że większość osób w ogóle nie otwiera ust podczas modlitwy „Ojcze nasz” czy nawet w odpowiedzi na „Pan z wami”.
 
Może dlatego, że i celebrans wygłasza nieraz to pozdrowienie z obojętnością i bezosobowo, nie racząc nawet spojrzeć w kierunku wiernych w ławkach. Wielu księży odprawia Mszę św. „do mszału”, przykuwając niewolniczo wzrok do kartek, bez świadomości, że teksty liturgiczne mają być także, a może przede wszystkim dialogiem z wiernymi, a nie tylko z Bogiem. Wobec Boga ksiądz reprezentuje wiernych i tu rozmodlone skupienie jest potrzebne, ale wobec wiernych ksiądz ma reprezentować Chrystusa, a trudno robić to przekonująco bez okazania osobistej więzi, zaangażowania i przynajmniej kontaktu wzrokowego. To właśnie pozwala generować i wyzwalać w ludziach zewnętrzne wyrazy radości. Może właśnie na to chciał nam zwrócić uwagę papież Franciszek? Brak radości i żywych więzi we wspólnocie, a szczególnie w liturgii, jest chorobą chrześcijaństwa, wskazuje na niezrozumienie zasad Ewangelii i wspólnoty Kościoła.
 
Gdzie szukać uzdrowienia?
 
Nie wystarczy tylko zastosowanie leczenia objawowego, które niczym maść z reklamy w sekundę usunie zewnętrzne objawy, czyli wywoła na naszych twarzach sztuczne uśmiechy czy hałaśliwą wesołość. Leczenie musi sięgać najgłębszych przyczyn, uzdrawiać same źródła niedomagań. A tą przyczyną jest brak żywej wiary, czyli takiej wiary, która pozwala narodzić się człowiekowi na nowo, do życia wiecznego. Wiara taka zaczyna się od świadomej decyzji oddania swego życia Jezusowi i przyjęcia daru zbawienia, przebaczenia grzechów i nowego życia w Duchu Świętym. Do takiego momentu uwierzenia prowadzą różne działania ewangelizacyjne.
 
Charyzmatyczna radość, która powstaje we wnętrzu człowieka napełnionego Duchem Świętym, jest jednym z zewnętrznych znaków potwierdzających narodzenie do nowego życia. Taka wiara i taka radość, które są dziełem Ducha Świętego, dążą do rozprzestrzeniania się, są zaraźliwe i stają się zaczątkiem wspólnoty. Do takiego stanu powinniśmy dążyć, o taki dar radosnej wiary powinniśmy zabiegać. Pan Bóg na pewno nam nie odmówi, a Ojciec Święty, gdy przybędzie do Polski, będzie mógł powiedzieć, że nasza entuzjastyczna adość jest objawem naszego chrześcijańskiego zdrowia. Oby tak się stało! Amen!
 
ks. Mariusz Pohl
Przewodnik Katolicki 26/2014
 
 
fot. Annie Spratt | Unsplash (cc) 
 
Zobacz także
ks. Kazimierz Kubat SDS
Problemy metafizyczne, dotykają najgłębszych podstaw naszego istnienia, naszej egzystencji. Skąd się wziąłem? Co ja tu ostatecznie robię w tym - bardziej lub mniej - cudownym świecie? Skąd w ogóle ten świat? Jaki jest początek świata i jego koniec? Jaki jest początek człowieka, ale jakie jest również jego przeznaczenie? Jaki jest sens - o ile w ogóle - istnienia? Te metafizyczne lub egzystencjalne problemy, wydają się nie mieć odpowiedzi, ani satysfakcjonującego rozwiązania., a przecież nie umiemy się od nich uwolnić i po prostu się nimi nie przejmować. One powracają - w takiej lub innej formie i czasami warto by było się nimi spokojniej i dogłębniej zająć...
 
o. Raniero Cantalamessa OFMCap
Postrzegano go nawet jako wroga ruchu charyzmatycznego. Wszystko zmieniło się po kongresie Odnowy w Duchu Świętym w Kansas City. Jego przyjaciele mówili: Wysłaliśmy do Stanów Zjednoczonych Szawła, a wrócił Paweł...
 
 
O swoim spotkaniu z Odnową w Duchu Świętym opowiada o. Raniero Cantalamessa OFMCap, kaznodzieja papieski.  
 
Andrzej Niczypor SJ, Iwona Małek
Przezwyciężanie siebie to jeden z głównych elementów duchowości ignacjańskiej, wcielony w program pedagogiczny. Chodzi o umartwienie miłości własnej, przezwyciężanie własnych nastrojów dla dobra innych, czy też zapieranie się siebie. Ma zaś prowadzić do przeżywania pokoju serca i autentycznej chrześcijańskiej radości...
 
 
___________________
 
 reklama