logo
Sobota, 18 listopada 2017 r.
imieniny:
Klaudyny, Romana, Tomasza, Karoliny – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Mariusz Pohl
Chrześcijańska radość w stanie uśpienia
Przewodnik Katolicki
 


Wezwanie do radości zawiera się w wielu tekstach Starego i Nowego Testamentu. Nie jest to tylko zdawkowa zachęta do taniego optymizmu i powierzchownej wesołości, lecz integralna, istotowa cecha wiary.
 
Wiara pozwala przeżywać ewangeliczną radość w świecie pełnym cierpienia, krzywd i przeciwności. Dla Ludu Wybranego radość płynąca z przymierza oraz z zaufania do Boga miała być ratunkiem w chwilach kryzysu i klęski. Dla chrześcijan, zwłaszcza w tych pierwszych trudnych latach prześladowań, radość w Panu, radość płynąca z wiary była ratunkiem na zniechęcenie i lęk. To właśnie wiara daje siłę do przezwyciężania każdej trudności i jest źródłem niezachwianej radości.

Jak papryczki w occie
 
A jednak tego ewangelicznego wezwania, wręcz nakazu radości, nie wypełniamy jak należy, a nieraz nawet go nie rozumiemy. Nic dziwnego, że zwrócił na to uwagę papież Franciszek. Powiedział ostatnio znamienne słowa: „Radość jest jakby znakiem rozpoznawczym chrześcijanina. Chrześcijanin bez radości nie jest chrześcijaninem albo jest chory. Innej możliwości nie ma! Coś jest nie tak z jego zdrowiem. Chrześcijańskie zdrowie to radość! Kiedyś powiedziałem, że są tacy chrześcijanie o twarzach skwaszonych jak papryczki w occie. (…) Tacy nie są chrześcijanami. Chrześcijanie bez radości nie są chrześcijanami. Radość jest pieczęcią chrześcijanina. Nawet wśród bólów i udręk czy wręcz prześladowań”.
 
Wiele rzeczy moglibyśmy potraktować jako oznakę i dowód wiary: przestrzeganie przykazań, chodzenie do kościoła, pobożną modlitwę… Ale żeby jako pieczęć chrześcijanina i warunek „chrześcijańskiego zdrowia” potraktować radość – na to chyba byśmy nie wpadli. Radością tryskają reklamy i kabaretowe noce w telewizji, puby i dyskoteki, ale raczej nie kościoły. Czy papież przypadkiem się nie pomylił lub nie przesadził? A jednak jego słowa nie pozostawiają wątpliwości: chrześcijanie bez radości nie są chrześcijanami, bo nie dają świadectwa swej żywej wiary.
 
Radość serca i radość wspólnoty
 
Owszem, katolicy na różne sposoby mogą deklarować swoją przynależność wyznaniową, sympatie wobec duchownych, przywiązanie do tradycji, ale to jeszcze nie jest wiara. Ewangelia ukazuje wiarę jako żywą, osobistą i rzeczywistą więź z Bogiem, przemieniającą dogłębnie nasze życie, osobowość, sposób myślenia i reagowania. Taka więź wyraża się właśnie przez radość: najpierw głęboką radość serca, które doświadczyło Bożej miłości i przebaczenia, a potem przez radość, którą chcemy się dzielić z innymi i przeżywać razem we wspólnocie. Nie chodzi tylko o samo uczucie, stan emocjonalny, ale raczej o radość egzystencjalną, o postawę głębokiej radości, która płynie z przyjęcia zbawienia. Człowiek, który jest pewny miłości Chrystusa nie musi się niczego lękać i w każdej sytuacji jest pewny swego bezpieczeństwa, które gwarantuje mu Bóg.
 
A wtedy może przeżywać i okazywać tę głęboką radość nie tylko w sercu, ale i w życiu, a szczególnie w kościele. Z pozytywnym zdziwieniem oglądamy nieraz filmy pokazujące nabożeństwa w amerykańskich kościołach z udziałem charyzmatycznych pastorów, entuzjastycznych chórów gospel i żywymi reakcjami wiernych na kazanie, modlitwy, śpiew. Widać w tym niekłamaną radość wiary. Ludzie spontanicznie przytakują, wyrażają swoją akceptację, uśmiechają się, podają sobie ręce. Nikt nie jest obojętny na sąsiada w ławce, czuje się ducha autentycznej wspólnoty.
 
Jak to kontrastuje z naszym stylem przeżywania liturgii. W polskich kościołach na Mszy panuje raczej nastrój powagi i powściągliwości. Prawie nikt nie okazuje swoich uczuć, natomiast na twarzach maluje się nieraz skupienie i zatopienie w osobistej modlitwie. Można odnieść wrażenie, że próbujemy się odgradzać od sąsiadów z ławki jakimś wyrazem obojętności i zamknięcia w sobie. Nawet znak pokoju na ogół przekazujemy sobie bez zbytniego osobistego zaangażowania. Niezbyt chętnie też włączamy się do wspólnych śpiewów i modlitw. Od ołtarza wyraźnie widać, że większość osób w ogóle nie otwiera ust podczas modlitwy „Ojcze nasz” czy nawet w odpowiedzi na „Pan z wami”.
 
Może dlatego, że i celebrans wygłasza nieraz to pozdrowienie z obojętnością i bezosobowo, nie racząc nawet spojrzeć w kierunku wiernych w ławkach. Wielu księży odprawia Mszę św. „do mszału”, przykuwając niewolniczo wzrok do kartek, bez świadomości, że teksty liturgiczne mają być także, a może przede wszystkim dialogiem z wiernymi, a nie tylko z Bogiem. Wobec Boga ksiądz reprezentuje wiernych i tu rozmodlone skupienie jest potrzebne, ale wobec wiernych ksiądz ma reprezentować Chrystusa, a trudno robić to przekonująco bez okazania osobistej więzi, zaangażowania i przynajmniej kontaktu wzrokowego. To właśnie pozwala generować i wyzwalać w ludziach zewnętrzne wyrazy radości. Może właśnie na to chciał nam zwrócić uwagę papież Franciszek? Brak radości i żywych więzi we wspólnocie, a szczególnie w liturgii, jest chorobą chrześcijaństwa, wskazuje na niezrozumienie zasad Ewangelii i wspólnoty Kościoła.
 
Gdzie szukać uzdrowienia?
 
Nie wystarczy tylko zastosowanie leczenia objawowego, które niczym maść z reklamy w sekundę usunie zewnętrzne objawy, czyli wywoła na naszych twarzach sztuczne uśmiechy czy hałaśliwą wesołość. Leczenie musi sięgać najgłębszych przyczyn, uzdrawiać same źródła niedomagań. A tą przyczyną jest brak żywej wiary, czyli takiej wiary, która pozwala narodzić się człowiekowi na nowo, do życia wiecznego. Wiara taka zaczyna się od świadomej decyzji oddania swego życia Jezusowi i przyjęcia daru zbawienia, przebaczenia grzechów i nowego życia w Duchu Świętym. Do takiego momentu uwierzenia prowadzą różne działania ewangelizacyjne.
 
Charyzmatyczna radość, która powstaje we wnętrzu człowieka napełnionego Duchem Świętym, jest jednym z zewnętrznych znaków potwierdzających narodzenie do nowego życia. Taka wiara i taka radość, które są dziełem Ducha Świętego, dążą do rozprzestrzeniania się, są zaraźliwe i stają się zaczątkiem wspólnoty. Do takiego stanu powinniśmy dążyć, o taki dar radosnej wiary powinniśmy zabiegać. Pan Bóg na pewno nam nie odmówi, a Ojciec Święty, gdy przybędzie do Polski, będzie mógł powiedzieć, że nasza entuzjastyczna adość jest objawem naszego chrześcijańskiego zdrowia. Oby tak się stało! Amen!
 
ks. Mariusz Pohl
Przewodnik Katolicki 26/2014
 
 
fot. Annie Spratt | Unsplash (cc) 
 
Zobacz także
Michał Gołębiowski
Kiedy prorok Jonasz został wyrzucony do morza, a następnie połknięty przez wielką rybę, przez trzy dni i trzy noce modlił się z wnętrza jej brzucha psalmami. Wtedy Pan wydał rozkaz, żeby ryba wyrzuciła Jonasza na ląd (Jon 2,11). Kiedy zatem nadszedł ratunek? Czy Bóg wpierw wydobył Jonasza z sideł śmierci, a następnie prorok, stojąc już bezpiecznie na brzegu, wzniósł modlitwę dziękczynną dla swego Wybawiciela? Nie, Pismo Święte wyraźnie mówi, że cudowna interwencja Opatrzności była dopiero odpowiedzią na cierpliwe, pełne ufności trwanie na modlitwie Księgą Psalmów.  
 
Ks. Wojciech Nowacki
Odwoływanie się do Ducha Świętego jako gwaranta prawdziwości i znaczenia przekazywanych treści nie jest wolne od niebezpieczeństw. Poczucie autorytetu, który budzi respekt i posłuszeństwo, może trafić na grunt ludzkich słabości, a zwłaszcza ambicji i pychy. Dotyczy to tak wyświęconych szafarzy, którzy z racji urzędu czy funkcji powinni wykazywać się mądrością Ducha w nauczaniu, jak świeckich charyzmatyków, którzy z natchnienia Ducha Świętego przekazują słowa proroctwa. 
 
Krzysztof Osuch SJ
„Większość ludzi żyje w cichej rozpaczy” – twierdzi Henry D. Thoreau. Trudno powiedzieć, czy jest to na pewno większość ludzi, ale na pewno dużo ludzi doświadcza zniechęcenia, beznadziei; wielu ociera się o rozpacz. Mówi się co pewien czas o rosnącej liczbie ludzi dotkniętych depresją. Tysiące a nawet miliony ludzi czują się zepchnięte na margines życia.
 
 

NASZ SKLEP

___________________
 
 reklama