logo
Poniedziałek, 23 lipca 2018 r.
imieniny:
Brygidy, Apolinarego, Sławy, Sławosza, Żelisławy – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Jacek Salij OP
Co niszczy autorytet Kościoła?
Idziemy
 


Kościół to nie tylko Chrystus Pan, aniołowie i święci. Tutaj, na ziemi, Kościołem jesteśmy my.
 
Do zbawienia jesteśmy dopiero wezwani, a niekiedy zachowujemy się tak, jakby nam na jego osiągnięciu mało zależało. Nasze ułomności, a zwłaszcza nasze grzechy, mogą autorytet Kościoła niemało zaciemniać. Pan Jezus mówił nam o tym zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. „Po tym wszyscy poznają, żeście uczniami moimi, jeśli będziecie się wzajemnie miłowali” (J 13,35) – mówił. Ale mówił też z gniewem do faryzeuszy, a w gruncie rzeczy do nas wszystkich: „Sami nie wchodzicie do królestwa i nie pozwalacie wejść tym, którzy do niego idą” (Mt 23,13).
 
Już w czasach apostolskich grzechy wyznawców Chrystusa osłabiały autorytet Kościoła. „Słyszy się powszechnie o rozpuście między wami, i to o takiej rozpuście, jaka się nie zdarza wśród pogan” (1Kor 5,1n) – oburzał się na Koryntian Apostoł Paweł. Później musiał upominać duchownych, ażeby nie byli „chciwi brudnego zysku” (Tt 1,7; 1Tm 3,8). Natomiast Apostołowie Jakub i Paweł czuli się w obowiązku napiętnować dalekie od ducha miłości zachowania pierwszych chrześcijan podczas spotkań eucharystycznych (por. Jk 2,1-4; 1Kor 11,20-22).
 
Albo wsłuchajmy się w surowy rachunek, jaki wystawia swoim współwyznawcom anonimowy autor najstarszej chrześcijańskiej homilii. Komentuje on skargę Pana Boga, że „z waszej przyczyny Imię moje jest znieważane wśród pogan” (Iz 52,5): „Przez co jest znieważane? Przez to, że nie czynicie tego, czego chcę od was. Poganie, słysząc z ust naszych słowa Boże, podziwiają ich piękno i wspaniałość. Później przekonują się jednak, że nasze czyny nie odpowiadają temu, co głosimy, i dlatego też zaczynają bluźnić, wołając, że wszystko to tylko baśnie i oszustwa. Kiedy bowiem słyszą od nas, że Bóg mówi: Nie ma dla was wdzięczności, jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, lecz wdzięczność znajdziecie, jeśli miłujecie nieprzyjaciół i tych, którzy was nienawidzą (Łk 6,32.35). Kiedy to słyszą, są pełni podziwu dla tej nadzwyczajnej dobroci. Gdy zaś zobaczą, że nie kochamy nie tylko tych, co nas nienawidzą, lecz i tych nawet, co kochają, wtedy wyśmiewają się z nas i znieważają Imię Boże”.
 
Ostry ten tekst niewątpliwie mówi prawdę. Ale spróbujmy sobie uprzytomnić, ilu męczenników wydali spośród siebie ci tak ułomni chrześcijanie II w. Jaka musiała być w nich moc wiary, skoro wystarczyło kilka pokoleń, aby Ewangelia – wraz z jej przesłaniem o Bożej miłości do wszystkich ludzi oraz o godności, jaką Bóg obdarzył każdego bez wyjątku człowieka – rozprzestrzeniła się na całe narody!
 
Wielka stąd dla nas nauka, że również słabościami dzisiejszego Kościoła wolno nam się przejmować tylko w taki sposób, żeby to nas mobilizowało do tym gorliwszej służby Bożej. Przeklęte jest takie myślenie o złu w Kościele, które prowadzi do paniki i zwątpienia w moc Bożą, które zamiast pobudzać nas do tym większej gorliwości, raczej paraliżuje i zniechęca.
 
Jest takie hinduskie przysłowie, że jedno upadające drzewo robi w lesie więcej huku niż to, że cały las rośnie. Nie dziwmy się, że kiedy w Kościele dzieje się jakieś zło, ludzi ogarnia zdumienie i zgorszenie. Ale wielka to sztuka zauważać dobro, jakiego również wówczas jest w Kościele naprawdę bezmiar, i umieć je pokazywać innym.

Sól w oku
 
Jest jednak takie myślenie o złu w Kościele, które nie pobudza do nawrócenia ani do pomagania innym, żeby się nawrócili. Gorszymy się cudzym złem głównie po to, żeby zaspokoić naszą ciemną potrzebę potępiania innych oraz żeby usprawiedliwić nasze własne oddalenie od Boga. Świetnie to oddaje zamieszczona w tomie Edmonda Flega „Mojżesz w opowieściach mędrców” żydowska opowieść: „Wczesne wstawanie Mojżesza Hebrajczycy komentowali za jego plecami: »Zobaczcie, jak wcześnie wstaje! Chce przed nami zaopatrzyć się w mannę i zabrać najlepsze jej ziarna!«. Kiedy zaś wstawał późno, mówili: »Zobaczcie, jak późno wstaje! Wczoraj wieczorem zjadł za dużo manny i ani żona, ani słońce nie mogły go obudzić!«. Kiedy skromny przechadzał się pośród tłumów, Hebrajczycy z bliska pokazywali go palcami, mówiąc: »Zobaczcie, jak przechadza się pośród nas! Chce, żebyśmy go pozdrawiali!«. Kiedy zaś w swej skromności trzymał się na uboczu, z daleka pokazywali go palcami, mówiąc: »Zobaczcie, jak trzyma się na uboczu! Chce nam dać odczuć, że jest większy od nas!«”.
 
Dzisiaj niektórzy ludzie mają dokładnie taki stosunek do Kościoła. Cokolwiek by Kościół robił, będzie ostro krytykowany. Skupia się Kościół na posłudze ściśle religijnej – ludzie mówią: „Zamknął się w swojej wieży z kości słoniowej, wyłącza się z życia, izoluje się ze społeczeństwa”. Angażuje się Kościół w sprawy społeczne, w obronę biednych, przeciwstawia się aborcji, przypomina o prawach człowieka – ludzie mówią: „Niech pilnuje swojej posługi religijnej, niech się nie miesza do polityki”. Głosi ksiądz kazanie na temat świętości i nierozerwalności małżeństwa – jeden powiada: „Z choinki się chyba urwał, przecież nieraz nie ma innego wyjścia niż rozwód!”. A drugi po tym samym kazaniu mówi: „Dlaczego dopiero teraz głosi się takie kazania? Dlaczego nie było takich kazań, kiedy moje małżeństwo się rozpadało?”.
 
Warto może jeszcze zauważyć, że grzesznik chowa się niekiedy przed Panem Bogiem w niechęć do Kościoła. Przypomina mi się następująca wypowiedź znajomej nauczycielki podczas dyskusji na temat antyklerykalizmu: „W moim pokoju nauczycielskim ciągle wygaduje się na księży i w ogóle na Kościół. Początkowo się tym przejmowałam – do momentu, kiedy uświadomiłam sobie, że dwoje najbardziej aktywnych animatorów tej nieustannej krytyki Kościoła załatwia w ten sposób swoje własne problemy: ten najbardziej głośny kolega żyje już z trzecią żoną, a wtórująca mu koleżanka dokonała dwóch aborcji, a nie wiem, czy nie więcej”.
 
Dopóki Kościół będzie się składał z grzeszników – a przecież takim będzie Kościół aż do dnia Sądu Ostatecznego – ludziom nastawionym na to, żeby go krytykować, nigdy nie zabraknie materiału do krytyki. Przypomnijmy, że w starożytności – w IV i V w. – postawa ta spowodowała głęboki kryzys Kościoła w Afryce Północnej. Donatyści zaczęli głosić niedopuszczalną na gruncie wiary katolickiej tezę, jakoby sakramenty sprawowane przez grzesznych kapłanów były nieważne: że nieważna jest odprawiana przez nich Eucharystia, nieważny udzielony przez takiego kapłana chrzest i rozgrzeszenie. Tak jakby zbawiała nas świętość udzielającego sakramenty kapłana, a nie łaska Chrystusa!
 
Katolicy odpowiadali na to, że chociaż wierni mają prawo do świętych kapłanów, to przecież nie jest tak, żeby od świętości kapłana zależała nadprzyrodzona skuteczność udzielanych przez niego sakramentów. Święty Augustyn dziesiątki razy w różnych sformułowaniach powtarzał, że Kościół katolicki uczy nas, żeby nadzieję pokładać w Chrystusie, a nie w takim czy innym człowieku. Do ludu przemawiała rubaszna metafora, że z łaską Bożą jest podobnie jak z promieniami słońca – nie brudzą się ani nie tracą dobrych mocy, nawet kiedy biegną przez wychodek.
 
Donatyzm, chociaż wyrósł z utopijnego marzenia zbudowania Kościoła samych tylko ludzi czystych i świętych, bardzo szybko musiał się zmierzyć z licznymi grzechami we własnych szeregach. Jedyne, co mu się udało naprawdę osiągnąć, to głębokie, przez parę wieków trwające rozbicie chrześcijaństwa na ziemiach Afryki Północnej. Spustoszenia, jakie spowodował tam donatyzm, świetnie przygotowały grunt do przyszłego zwycięstwa tam islamu.
 
Komu wierność?

Nie ma wątpliwości, że obowiązkiem wszystkich wierzących jest dbać o autorytet Kościoła, o to, by nie ucierpiał on wskutek naszej duchowej bylejakości czy grzechów, niekiedy wielkich. Zarazem Boże nas uchowaj od takiej troski o autorytet Kościoła, kiedy więcej dba się o wizerunek Kościoła w oczach ludzi niż o wierność Chrystusowi. Nigdy nie wolno nam zapomnieć o tym, że nasz Pan „poniósł mękę poza miastem. Również i my wyjdźmy do Niego poza obóz, dzieląc z Nim Jego urągania” (Hbr 13,12n).
 
Tu przywołam spostrzeżenie pewnego mądrego rabina, który objaśniał zjawisko antysemityzmu: „Grzechy naszego żydowskiego narodu są niezliczone jak piasek morski. Ale nie za te grzechy Żydzi są nienawidzeni – Żydzi są nienawidzeni za swoje zalety”. Myślę, że podobnie jest z Kościołem. Grzechy ludzi Kościoła są być może niezliczone jak piasek, ale nie z tego powodu różni ludzie nie lubią Kościoła. Nie lubią go dlatego, że spełnia on swoją misję, że wyraźnie uczy tego, czego uczył Pan Jezus, m.in. że co Bóg złączył, niech człowiek nie rozłącza, że przykazanie „nie zabijaj” rozciąga się także na dzieci poczęte – i w ogóle że to nie my jesteśmy od ustanawiania prawa moralnego.
 
Ulubioną metodą poniżania Kościoła za to, że nie dostosowuje się w swojej nauce do oczekiwań mentalności kształtowanej przez współczesne media, jest dorabianie mu gęby instytucji przestarzałej i nienadążającej za postępem, która wcześniej czy później wycofa się ze swojego sprzeciwu wobec rozwodów, antykoncepcji, aborcji czy zapłodnienia in vitro – podobnie jak wycofał się ze swoich rzekomych sprzeciwów wobec sekcji zwłok, znieczulania bólów porodowych, szczepień przeciw ospie. Serdecznie polecam wydaną w 2010 r. przez Centrum Myśli Jana Pawła II książkę „Wyrok na Galileusza i inne mity o nauce i religii” pod redakcją Ronalda L. Numbersa, rozprawiającą się z 25 mitami, które we współczesnych mediach mają niekiedy postać wręcz dogmatów, a które kompletnie zniekształcają prawdę historyczną. Kościół naprawdę nigdy nie sprzeciwiał się ani sekcji zwłok, ani znieczulaniu bólów porodowych, ani szczepieniom przeciw ospie.
 
Warto natomiast zdać sobie sprawę z tego, że np. współczesny sprzeciw Kościoła wobec zapłodnienia in vitro do złudzenia przypomina sytuację z lat 20. i 30. XX w., kiedy Kościół był oskarżany o zacofanie i obskurantyzm za to, że – i to nawet w dokumencie tak wysokiej rangi, jak wydana w 1930 r. przez papieża Piusa XI encyklika Casti connubii – stanowczo sprzeciwiał się ustawom na rzecz eugenicznej sterylizacji.
 
Przypomnijmy: kolejne stany USA oraz kolejne kraje europejskie wprowadziły wtedy ustawy ograniczające możliwość zawarcia małżeństwa przez „jednostki małowartościowe” oraz dopuszczające przymusową sterylizację osób, które „nie powinny mieć dzieci”. W Europie przykład dała Szwecja, która już w 1915 r. wprowadziła „zakaz małżeństwa dla obłąkanych, epileptyków i cierpiących na choroby weneryczne” oraz zalecenie sterylizowania takich osób. W ślad za nią poszło wiele krajów następnych. Ta nieludzka moda była w oczach ówczesnych środowisk oświeconych wymogiem postępu, przejawem rzetelnej troski o zdrowe społeczeństwo.
 
Spróbujmy sobie wyobrazić, jak bezbrzeżnie zacofany musiał się wydawać tym środowiskom Kościół katolicki, który stanowczo się sprzeciwiał tym „oczywiście słusznym” wysiłkom na rzecz zdrowia społecznego. Kiedy w 1997 r. Szwedzi podjęli próbę ujawnienia bezmiaru krzywd, jakie wyrządzono pod osłoną tych ustaw, my, katolicy, mogliśmy być dumni, że Stolica Apostolska oraz wielu katolickich biskupów wielokrotnie przeciw tym niegodziwym ustawom protestowali. Okazuje się, że nawet z ludzkiego punktu widzenia opłaca się Kościołowi narazić swój autorytet, jeżeli wymaga tego wierność Chrystusowi i Jego Ewangelii.
 
Jacek Salij OP
Idziemy 8/2018, 25 lutego 2018 r. 
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama