Całe nasze życie jest jej stopniowym odkrywaniem. Świadomość naszej tożsamości rośnie w nas od dziecka. Zadajemy sobie wówczas pytanie: „Kim ja jestem?”. Radość z dojrzałości przychodzi, gdy możemy stwierdzić: „Wiem, kim ja jestem. Wiem, na co mnie stać”. Wtedy możemy powiedzieć Bogu: „Oto ja, poślij mnie”. Gdy ja wypowiadałem te słowa, nie wiedziałem jeszcze, do czego ma mnie posłać. Ale On już wiedział. Bóg potrzebuje nas jako dzieci, potrzebuje jako ludzi młodych i potrzebuje, gdy osiągamy dojrzałość. Bądźmy do Jego dyspozycji.

Bóg nie stawia granic swemu Miłosierdziu. On tak mocno nas kocha, że przychodzi do nas chociaż wie, że Go skrzywdzimy. Niestety nie wszyscy korzystają z miłosiernej miłości Boga. Przykładem jest Judasz, który odebrał sobie życie, gdyż - w przeciwieństwie do Piotra - nie uwierzył, że Bóg przebaczy mu zdradę. Z Bożego Miłosierdzia nie korzystają także ci, którzy – jak faryzeusz z przypowieści - wmawiają sobie, że są doskonali i że nie potrzebują miłosierdzia (por. Łk 18, 9-14).

W Wybranym fragmencie Ewangelii Jana widzimy raczej gromadę wystraszonych uczniów niż Kościół. Nie znamy ich liczby ani imion. W ten sposób ewangelista sugeruje, że taki stan dotyczy uczniów Jezusa wszystkich czasów. Dopiero wiara paschalna umożliwia przejście ze strachu w obliczu świata do radości i pokoju w spotkaniu Pana. Jezus przychodzi do uczniów „mimo drzwi zamkniętych” i pokazuje im swoje rany. Ten gest oznacza objawienie tożsamości Zmartwychwstałego z Ukrzyżowanym.

Jaki jest Bóg? Miłosierny czy sprawiedliwy? Pytania tego rodzaju prędzej czy później pojawiają się w życiu człowieka, który próbuje zrozumieć swoją wiarę. Czy te dwie cechy można w ogóle ze sobą pogodzić? Przecież po ludzku miłosierdzie wyklucza sprawiedliwość, a sprawiedliwość wyklucza miłosierdzie. Z jednej strony: "Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza, a za złe karze", a z drugiej strony: Bóg miłosierny i łagodny, nieskory do gniewu, bogaty w łaskę i wierność (Ps 86, 15). Więc jaki jest Bóg, miłosierny czy sprawiedliwy?

Wieczna lampka to jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli obecnych w katolickich świątyniach. Jej ciepłe, nieustannie płonące światło wskazuje na rzeczywistość większą niż ona sama - tajemnicę realnej obecności Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Nie jest to jedynie element dekoracyjny czy tradycyjny zwyczaj, lecz znak głęboko zakorzeniony w historii i teologii Kościoła.

Wobec wielkiej prawdy wiary, jaką jest zmartwychwstanie Chrystusa, nie można nic mówić. Trzeba uklęknąć i uwierzyć. Może dlatego tę tajemnicę wiary ojcowie nasi oprawili w tyle pięknych znaków, zwyczajów, obrzędów, aby człowiek mógł odczuć, że Jezus żyje. Przyjrzyjmy się więc jedynie niektórym naszym zwyczajom, aby przez ich zrozumienie bliższa stała się nam tajemnica o zmartwychwstaniu Pana.

Za sprawiedliwość tego świata odpowiada nie tylko Pan Bóg, ale także my. W naszej mikroskali, tam, gdzie funkcjonujemy, sprawiedliwość i niesprawiedliwość zaczynają się w domu, w szkole, w pracy. To my wiemy, kto ściągał, kto donosił, kto się podlizywał, kto tak naprawdę zrobił bałagan w pokoju, i to my tworzymy mechanizmy, w których nasze poczucie i doświadczenie sprawiedliwości są blisko lub daleko od siebie.
Z Barbarą Fedyszak-Radziejowską, socjologiem rozmawia Antoni Rachmajda OCD

Do czego potrzebne są więc Jezusowe rany? Swój wiersz o Tomaszu Zbigniew Herbert zadedykował abp. Józefowi Życińskiemu. To on w korespondencji z poetą użył potem wyrażeń „hermeneutyka ran” czy „logika ran”. W liście do Herberta Życiński pisał: „Tomasz w swym metodycznym krytycyzmie jest mi szczególnie bliski, zaś jego hermeneutyka ran przemawia do mnie chyba jeszcze mocniej niż klasyczne związki wynikania logicznego”.

Tajemnica pustego grobu Jezusa staje się ostatecznym znakiem i potwierdzeniem, że prawdziwa miłość wszystko zwycięża. Chrześcijanin to człowiek, który tak mocno i tak ufnie złączył swe życie z Chrystusem, że może w nim zmartwychwstawać Boża miłość.

Ewangelia Niedzieli Zmartwychwstania mówi wiele, nie używając wielu słów. Obok warstwy dosłownej jest tu ogromna warstwa symboliczna i duchowa – chciałoby się powiedzieć – jak na Jana Ewangelistę przystało. Możemy zadumać się nad miłością Marii do Jezusa. Miłością, która sprawia, że nie może ona rozstać się z Nim nawet po śmierci. Z samego rana zmierza do grobu i pewnie sama nie wie, co tam zastanie. Na wejście do grobu pewnie nawet nie liczyła. Chciała po prostu być blisko.
___________________