logo
Czwartek, 16 kwietnia 2026 r.
imieniny:
Bernadety, Julii, Benedykta, Biruty, Erwina – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Artur Filipiak
Po co nam parafia?
Wieczernik
 
fot. Rafael Hoyos Weht | Unsplash (cc)


Dla pojedynczego człowieka Kościół konkretyzuje się zawsze w lokalnej wspólnocie. Nie ma prawdziwego życia duchowego w oderwaniu od wspólnoty.

 

Na pierwszy rzut oka tytułowe pytanie wydaje się być banalne. Każdy wierzący od momentu chrztu żyje przecież – chce czy nie chce – w jakiejś parafii. Nawet jeśli nie korzysta zbyt gorliwie z tej przynależności, to – dopóki nie zadeklaruje formalnego wystąpienia – pozostaje członkiem parafii, przynajmniej z socjologicznego, prawnego i statystycznego punktu widzenia.

 

Ideał i rzeczywistość parafialnego życia

 

Zakres i kształt identyfikacji z parafią może być różny w zmieniających się warunkach historycznych i kulturowych, ale nigdy w dziejach chrześcijaństwa nie było chrześcijanina bez wspólnoty.


Pisząc to zdanie postawiłem znak równości między parafią a wspólnotą. Taki jest bowiem teologiczny ideał tego, czym parafia być powinna: zaangażowaną wspólnotą wierzących, którzy przy współpracy i w dialogu z księżmi podejmują odpowiedzialność za swe życie wiary. Parafia jako całość jest więc "oknem wystawowym Boga", "księgą, którą ludzie najpierw czytają i pojmują" (Heinz-Manfred Schulz) oraz "jedyną relikwią Chrystusa, jaką mamy" (Dieter Emeis, Karl Heinz Schmitt). Za tymi obrazowymi porównaniami kryje się przekonanie, że tylko w żywej wspólnocie parafialnej można w praktyce doświadczyć, czym jest wiara.

 

Tyle ideał. Między marzeniem a rzeczywistością istnieje jednak zawsze pewne napięcie, wynikające z tego, że przeważnie nie dosięgamy do ideału. Wielu chrześcijanom wystarcza samo uczestniczenie w niedzielnej i świątecznej mszy świętej, przyjmowanie księdza po kolędzie czy składanie ofiar na różne potrzeby. Nie widzą potrzeby dodatkowego zaangażowania się w pracę którejś z grup lub organizacji, działających w parafii. Zadowalają się zwyczajnym "byciem chrześcijaninem".

 

Można by naturalnie stwierdzić, że w ostatnich latach wśród wiernych świeckich odnotowuje się rosnącą świadomość ich odpowiedzialności za Kościół, a wśród duchownych – większą otwartość na współpracę z laikatem. Gdyby jednak dokładnie policzyć wszystkich parafian, którzy biorą aktywny dział w życiu wspólnoty i zestawić ich z liczbą osób zamieszkujących teren danej parafii, to procent tych zaangażowanych będzie zatrważająco niski. Nie ma się co łudzić: to mniejszość czuje się odpowiedzialna za życie wspólnoty parafialnej. Często są to ci sami ludzie, których można spotkać w kilku różnych grupach. Większa część parafian pozostaje bierna, nie czując nawet potrzeby wpływania na życie swojej wspólnoty [1]. Identyfikują się w prawdzie z parafią z terenu miejsca zamieszkania, ale traktują ją jako punkt usługowy, zaspokajający ich potrzeby religijne [2].

 

Pozytywnym zjawiskom (zaangażowanie świeckich animatorów, odkrywanie różnorodnych charyzmatów w parafii) towarzyszy zatem wiele rozczarowań. Przede wszystkim nie udaje się przyciągnąć tych chrześcijan, którzy stoją z dala od parafialnego życia. Ludzie ci nawiązują od czasu do czasu krótki kontakt z parafią przy okazji różnych życiowych wydarzeń (chrztu i pierwszej komunii dziecka, pogrzebu w rodzinie), ale potem znowu znikają z pola widzenia.

 

Parafia – miejscem uczenia się wiary

 

Po co nam zatem parafia? By odpowiedzieć na to pytanie, trzeba najpierw zastanowić się, co stanowi o istocie "bycia chrześcijaninem". Nie jest to sprawa ani osobistych upodobań ani preferowanego stylu życia – bardziej indywidualnego lub raczej kolektywnego.

 

Chrześcijaninem staje się człowiek przez wiarę, która wyraża się w naśladowaniu Chrystusa. Każde przepowiadanie ma na celu obudzenie wiary. Św. Jan stwierdza, że jego Ewangelia została napisana po to, abyście wierzyli, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, i abyście wierząc, mieli życie w imię Jego (J 20,31). Wezwanie do wiary w Jezusa przewija się przez cały Nowy Testament. Jest to nie tyle wiara teoretyczna, lecz przede wszystkim konkretna. Przykazanie zaś Jego jest takie, abyśmy wierzyli w imię Jego Syna, Jezusa Chrystusa, i miłowali się wzajemnie tak, jak nam nakazał (1 J 3,23). Wiara powinna być aktywna i wyrażać się przez miłość (por. Ga 5,6; 1 Tes 1,3). Nie chodzi tu w pierwszym rzędzie o akt intelektu, lecz o czyn – o osobisty wybór, który angażuje całego człowieka i jego życie. W tej decyzji opowiedzenia się za Jezusem nikt nie może człowieka zastąpić. Wiara w rozumieniu Nowego Testamentu jest wydarzeniem między osobą a osobą, między Bogiem a człowiekiem. Dlatego też decyzji o przyjęciu Jezusa nie można delegować na kogokolwiek innego. Wiara jest aktem osobistej decyzji i, w tym znaczeniu, niezależnym od wspólnoty. Ani drugi człowiek, ani żadna grupa nie może zdjąć z osoby odpowiedzialności za tę decyzję.

 

Część rzeczywistości

 

W ten sposób została jednak opisana tylko część rzeczywistości, jaką jest wiara. W jej konkretnym wymiarze nie można jej bowiem oddzielić od korzeni, z których wyrasta i z których czerpie siłę. Dlatego w pierwotnym chrześcijaństwie było sprawą oczywistą, że wiara w Chrystusa oraz życie, wypływające z tej wiary, może istnieć tylko we wspólnocie. Nowy Testament nie zna pojęcia wiary sprywatyzowanej. Dla chrześcijanina sprawą najwyższej wagi jest poszukiwanie oraz zachowywanie wspólnoty z siostrami i braćmi w wierze (por. np. Hbr 10, 23-25). Wiara jest zatem aktem osobistej decyzji jednostki, ale w procesie swego powstawania i rozwoju nie może się obejść bez drugiej osoby. Żaden człowiek nie posiada życia sam z siebie, zawsze zostaje mu ono dane i przekazane. Każdy zależy w tym zakresie od swoich rodziców i przodków, od społeczeństwa i od tych wszystkich, których spotyka na drodze swojego życia. Nie inaczej jest z wiarą. Nie rodzi się ona w warunkach sterylnego laboratorium, lecz w konkretnych, nieprzewidywalnych i burzliwych okolicznościach życia.

 

W tym kontekście jasna staje się odpowiedź na pytanie o sens istnienia parafii czy też o potrzebę zaangażowania w jej życie: parafia jest po to, by w niej uczyć się wiary. Do chrześcijańskiej wspólnoty należą ludzie, którzy nawzajem wspierają się w wierze, przekazują ją dalej, pocieszają się w czasie prób i ucisku oraz wspólnie oczekują przyjścia swego Pana w chwale. Taka wspólnota stwarza warunki, w których może wzrastać i owocować osobista wiara człowieka.

 

Parafia utożsamia tajemnicę całego Kościoła

 

Parafia uobecnia i reprezentuje w konkretnym miejscu cały Kościół. Dlatego wszystko, co możemy powiedzieć o Kościele, dotyczy w odpowiednich proporcjach również parafii. A Kościół jest czymś więcej niż tylko sumą wszystkich chrześcijan. Jest Oblubienicą Chrystusa (por. Ef 5, 21-32), która zachowuje i głosi Jego słowo. Kościół gwarantuje, że nauka o Jezusie pozostanie niezafałszowana i będzie słyszana w najdalszych zakątkach świata. Kościół daje udział w życiu Boga poprzez siedmioraki strumień sakramentów. Wstawia się w błagalnej modlitwie, gdy wina i grzech obciąża któregoś z wierzących: "Nie zważaj na nasze grzechy, lecz na wiarę swojego Kościoła". A ojcowie pierwszych wieków chrześcijaństwa zgadzają się co do tego, że właśnie z tego powodu Kościół można nazwać – w pełnym znaczeniu tego słowa – matką: Mater Ecclesia. Ona rodzi córki i synów. Bez Kościoła, bez wspólnoty, bez parafii nie byłoby chrześcijan ani życia chrześcijańskiego.

 

W tym kontekście wracamy do zarysowanego na początku tych rozważań napięcia między ideałem a rzeczywistością. To, czy chrześcijanin odnajdzie w parafii piękno, które Bóg dla niej zamierzył, zależy w dużej mierze od tego, na ile realizuje ona i utożsamia tajemnicę całego Kościoła. Dla pojedynczego człowieka Kościół konkretyzuje się bowiem zawsze w lokalnej wspólnocie, choć nie w każdym jej działaniu w jednakowym zakresie. Stąd nie ma prawdziwego życia duchowego w egocentrycznym oderwaniu od wspólnoty. Bowiem tylko w Kościele odnajdujemy Chrystusa, a w Chrystusie Ojca.

 

Duchowe akumulatory

 

Kościół nie jest jedynie twierdzą, w której można się schronić w kryzysowych sytuacjach. Nie jest tylko warsztatem, w którym można na nowo "naładować duchowe akumulatory" ani studnią, z której czerpie się wodę życia wiecznego. Chrześcijanie nie są (lub lepiej: nie powinni być) wyłącznie konsumentami lub użytkownikami Kościoła. Nie można być chrześcijaninem tylko po to, by poczuć się przyjemnie i zabezpieczyć sobie (wieczną) przyszłość. Kościół jako całość nie istnieje tylko ze względu na siebie, lecz ma do wykonania zadanie: być znakiem nadziei dla narodów i prowadzić wszystkich do wspólnoty z Bogiem. Także to jest zadaniem parafii.

 

ks. Artur Filipiak
Wieczernik 4/172/2010

__________________
Przypisy:

 

[1] Zespół Laboratorium WIĘZI, Zawsze wierna czy mierna? Plusy i minusy polskiej wiary, [oprac. Z. Nosowski], „Więź” 9 (2008), s. 38-57.
[2] Tamże, s. 43. Nawet co czwarty spośród określających się jako w ogóle niepraktykujący deklaruje, że czuje się związany z parafią swego miejsca zamieszkania. Por. R. Boguszewski: Polak – na zawsze katolik? Polska religijność w latach 1989-2008 na podstawie badań CBOS, „Więź” 9 (2008), s. 5-25.

 
Zobacz także
Ks. Marek Kruszewski

W tym czasie światła, słowa, znaki i celebracje prowadzą nas do bliskości Boga. Do Boga, który chce być blisko. Bo kocha. Najpierw przypomnijmy sobie prawdy ogólne, ale potrzebne. Powtórzmy je, aby dotarły do serca. Bóg kocha mnie, ciebie, każdego człowieka. Jest Doskonałym Duchem obecnym wszędzie, w niebie, na ziemi, w każdym miejscu. O dziwo, chce z być z człowiekiem także fizycznie. 

 
Zbigniew Nosowski
Czy na początku trzeciego tysiąclecia Kościół uroczyście pokaże światu, że małżeństwo  n a p r a w d ę  jest drogą do świętości? Czy na ołtarze wyniesiona zostanie para małżeńska - jako para i jako małżonkowie - a nie tylko poszczególni członkowie rodziny? Czy będziemy mogli czcić świętych świadomie kroczących drogą wiary poprzez małżeństwo, a nie tylko takich, którym małżeństwo jedynie  p r z y d a r z y ł o  się na ich drodze do świętości?
 
Cezary Sękalski

Jeśli modlitwa rzeczywiście ma być dialogiem, musi stać się miejscem otwarcia na nieprzewidywalne, trzeba w niej wygospodarować przestrzeń na rzeczywistą wymianę darów. Taka modlitwa nie jest rzeczą łatwą. Nieodłącznie towarzyszy jej pewien niepokój i zmaganie. Jest podobna do modlitwy autostopowicza, który stojąc przy szosie, prosi Boga o „okazję”. Jakże inny ma ona smak, tak różny od tej praktykowanej w zaciszu domowym, kiedy wszystkie potrzeby mamy zaspokojone i nie towarzyszy nam żaden element ryzyka...

 

___________________