logo
Wtorek, 16 lipca 2024 r.
imieniny:
Eustachego, Mariki, Mirelli, Marii – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Barbara Stefańska
Powrót do metafizyki
Idziemy
 


W etyce chrześcijańskiej są czyny moralnie złe, których nigdy nie można usprawiedliwić – są to grzechy śmiertelne. Nawet jeśli jakiś zły czyn prowadziłby do dobra, nie powinniśmy tego robić ze względu na szkodę dla osoby ludzkiej i obrazę Boga 

 

– mówi o. prof. Jarosław Kupczak OP w rozmowie z Barbarą Stefańską

 

Dlaczego encyklikę dotyczącą teologii moralnej Jan Paweł II zatytułował „Veritatis splendor” (Blask prawdy)?

 

Głównym tematem encykliki jest dobro, ale ono nie pojawia się w tytule encykliki – jest ukryte za pojęciem prawdy i piękna. Jan Paweł II chciał w ten sposób zwrócić uwagę na jedność dobra, prawdy i piękna.

 

Co było impulsem do powstania tej encykliki?

 

Encyklika jest odpowiedzią Jana Pawła II na posoborowy kryzys Kościoła w dziedzinie nauczania zasad moralnych. Pojawiła się wówczas ideologia radykalnej zmiany paradygmatu nauczania katolickiego, którą Benedykt XVI nazwał hermeneutyką zerwania. Część teologów dążyła do zerwania z doktryną sprzed soboru postrzeganą jako obskurancka, antagonizująca Kościół ze światem. W miejsce metafizycznej, neoscholastycznej moralności miała się pojawić nowa – oparta przede wszystkim na Piśmie św., życzliwie patrząca na człowieka. Ta uproszczona wizja moralności przeżyła swój pierwszy kryzys po opublikowaniu przez Pawła VI encykliki „Humanae vitae”, w której papież nie tylko potwierdził tradycyjne nauczanie Kościoła dotyczące etyki małżeńskiej, ale wyraził to w tradycyjnym języku.

 

Niespełna 50-letni wówczas abp Karol Wojtyła uczestniczył w pisaniu tamtej papieskiej encykliki. Odrzucenie jej w większości krajów należących do szeroko rozumianego Zachodu już wtedy uświadomiło mu rozmiar kryzysu w zakresie nauczania moralnego. Początek pontyfikatu jeszcze bardziej pokazał, jak głęboki to kryzys. Zatem „Veritatis splendor” wyłoniła się z problemów końca lat 60.

 

Z jakim odbiorem spotkała się „Veritatis splendor”?

 

Publikacja encykliki w 1993 r. była niesłychanie odważną decyzją Jana Pawła II. W tym przypadku możemy mówić o odwadze intelektualnej. Papież zdawał sobie sprawę, że encyklika będzie odrzucona. Pisał zresztą o tym we wstępie do niej. Dziś – z perspektywy 30 lat różnych spotkań naukowych – zaryzykowałbym stwierdzenie, że większość prestiżowych uczelni teologicznych na Zachodzie odrzuciło „Veritatis splendor”.

 

Jednak ten znakomicie przygotowany dokument, którego publikację poprzedziło kilka lat konsultacji z udziałem najwybitniejszych umysłów świata katolickiego, był wsparciem dla wszystkich, którzy zdawali sobie sprawę, że teologia i praktyka Kościoła idą w złym kierunku, ale brakowało im argumentów oraz języka, by to nazwać. Jan Paweł II dostarczył im „amunicji”.

 

Czy my wówczas rozumieliśmy znaczenie tej encykliki?

 

Niewątpliwie w 1993 r. polska debata miała inny charakter. Spieraliśmy się o miejsce Kościoła w demokratycznym społeczeństwie. Niemniej upadek komunizmu spowodował szybki proces osmozy kulturowej, także teologicznej, między Wschodem i Zachodem. Wprawdzie odrębność sytuacji społecznej sprawiała, że w Polsce zagadnień np. rewolucji seksualnej lat 60. czy zaczynającej się już wówczas rewolucji gender nie traktowano poważnie. Ale kąkol został zasiany.

 

Ponadto na zachodnich wydziałach teologicznych kontestujących nauczanie moralne Kościoła, kształcili się młodzi polscy księża. W latach 90. i później wrócili do Polski ze swoimi doktoratami i nie do końca poprawnym rozumieniem życia etycznego. Wielu z nich może bało się otwarcie wyrażać swoje poglądy, także ze względu na autorytet Jana Pawła II oraz dość zdecydowane i mądre stanowisko polskiego episkopatu, ale myślę że w najbliższych latach będziemy mieli do czynienia z pojawianiem się błędnych poglądów teologicznych w zakresie moralności.

 

Przyswojenie „Veritatis splendor” może w jakiś sposób przed tym uchronić?

 

Na pewno daje nam kryteria oceny właściwych i błędnych poglądów. Nie da się dziś uprawiać teologii moralnej bez odwołania się do argumentacji podanej w tej encyklice. Niektórzy mówią, że to najważniejszy dokument dotyczący teologii moralnej w historii Kościoła; żaden inny w tak kompetentny sposób i na takim poziomie intelektualnym nie przedstawia tego, co nazwalibyśmy metodą rozumowania etycznego człowieka.

 

Papież adresuje encyklikę „do wszystkich biskupów Kościoła katolickiego”, a nie – jak zazwyczaj – do całego Kościoła. Dlaczego?

 

Jan Paweł II chciał przypomnieć biskupom, że nauczenie moralne to jest w pierwszym rzędzie ich odpowiedzialność – odpowiedzialność apostołów. Niewątpliwie zdawał sobie też sprawę, że poziom intelektualny encykliki może być niedostępny dla kogoś, kto nie ma pewnego przygotowania filozoficznego i teologicznego.

 

Jan Paweł II wyjaśnia kilka podstawowych błędów. Czy np. można postępować źle, jednocześnie kierując się sumieniem?

 

„Veritatis splendor” rozróżnia pojmowanie sumienia właściwe od błędnego. Jeśli ktoś odwołuje się np. do teorii względności, to nie znaczy, że dobrze ją rozumie. Podobnie jeśli ktoś odwołuje się do sumienia, wcale to nie oznacza, że rozumie, czym jest sumienie i w jaki sposób ono decyduje o złych lub dobrych wyborach człowieka.

Ówczesny kard. Joseph Ratzinger, który jest jednym ze współautorów encykliki, podał przykład niemieckich zbrodniarzy wojennych, którzy podczas sądu w Norymberdze powoływali się na swoje sumienie i prawo: „Przecież ja tylko stosowałem prawo, np. będąc komendantem obozu koncentracyjnego i decydując o gazowaniu ludzi. A stosując prawo, postępowałam zgodnie z sumieniem, bo człowiek powinien zachowywać przepisy”. Ten przykład pokazuje, że nie zawsze odwoływanie się do sumienia załatwia sprawę. Często sumienie jest rozumiane błędnie, o czym Jan Paweł II pisze w drugim rozdziale encykliki.

 

Jak można niewłaściwie rozumieć sumienie?

 

Na wiele sposobów. Człowiek żyjący powierzchownie może mylić sumienie z emocjami czy pożądaniami. Sumienie jest natomiast głosem rozumu człowieka. Uznając tę prawdę, uwalniamy sumienie od największego błędu we współczesnym jego rozumieniu – jeden z komentatorów nazwał to współczesną herezją sumienia – czyli od subiektywizmu oraz indywidualizmu. Jeśli sumienie każdego człowieka jest głosem rozumu, to znaczy, że jest częścią dążenia do prawdy, która ma charakter obiektywny. Ludzki rozum dąży do poznania obiektywnej rzeczywistości. Dotyczy to codziennych spraw, np. czy pociąg odjedzie punktualnie, ale także osądów sumienia.

Jeśli ktoś twierdzi: „Dekalog mówi, że cudzołóstwo jest grzechem, ale nie w moim życiu” albo „nie w tej konkretnej sytuacji”, jest to usprawiedliwianie własnych decyzji niezależnie od prawa Bożego i moralnego. Tak rozumiane sumienie, które naprawdę nim nie jest, służy do uzasadniania własnych wyborów, a nie do rozeznania, czy są one dobre czy złe. To jest myślenie typu: „Decyzje są zawsze dobre, bo są moje”. Może ktoś inny – papież, biskup – mają inne poglądy, ale to moje życie i ja dokonuję wyboru.

 

Taka błędna koncepcja jest określona w „Veritatis splendor” jako tzw. twórcze sumienie, czyli przekonanie, że każdy w imię niewłaściwie rozumianej autonomii moralnej może tworzyć własne reguły i usprawiedliwiać się zależnie od okoliczności.

 

Papież omawia też częsty błąd zwany proporcjonalizmem…

 

Proporcjonalizm jest formą najbardziej rozpowszechnionego dzisiaj rozumowania etycznego, jakim jest utylitaryzm. Ma on w pewien sposób charakter matematyczny. Pytamy o to, co dajesz innym, czy jesteś użytecznym członkiem społeczeństwa, jaką korzyść przynosi twoja praca. Ale w życiu ludzkim nie wszystko da się sprowadzić do tego, co pożyteczne. Po pierwsze, nie wszyscy ludzie spełniają kryterium bycia użytecznymi, np. chorzy. A o wartości ludzkiego życia czasem świadczy umiejętność przegrania, poniesienia klęski. Małżonek, który zostaje przy chorym dziecku czy współmałżonku, w pewien sposób podejmuje absurdalną decyzję – rezygnuje z zarabiania, by towarzyszyć komuś w cierpieniu. Innymi słowy świat, w którym wszystko odbywa się wedle kategorii utylitarnych, staje się czysto pragmatyczny i nieludzki. A etyka chrześcijańska wskazuje, że w niektórych sytuacjach dokonujemy wyboru ze względu na wyższe wartości.

 

Ponadto w myśleniu utylitarnym wszystko możemy usprawiedliwić, pod warunkiem że prowadzi do jakiegoś dobra. A w etyce chrześcijańskiej są czyny moralnie złe, których nigdy nie można usprawiedliwić – są to grzechy śmiertelne. Nawet jeśli jakiś zły czyn prowadziłby do dobra, nie powinniśmy tego robić ze względu na szkodę dla osoby ludzkiej i obrazę Boga.

 

Cel nie uświęca środków?

 

Nie uświęca, bo celem nie może być mnożenie tego, co pożyteczne, ale dobro ludzkiej osoby. A każdy grzech, szczególnie śmiertelny, uderza w człowieka, odrywa go od Boga – tak jak pierwszy grzech Adama i Ewy, który też można by usprawiedliwić. Patrzymy jednak na niego jak na paradygmat grzechu, bo stanowił zerwanie więzi z Bogiem.

 

Mówił Ojciec o alternatywnych wobec nauczania Kościoła poglądach głoszonych w niektórych seminariach i na wydziałach teologicznych. Dzisiaj również tak się dzieje?

 

W Polsce jeszcze rzadko mamy do czynienia z otwartym występowaniem przeciwko oficjalnemu nauczaniu Kościoła, ale z banalizacją teologii moralnej – już tak. Między innymi temu przeciwstawia się encyklika „Veritatis splendor”. Banalizacja ma różne oblicza. Jednym z nich jest odmówienie teologii moralnej i etycznemu rozumowania człowieka zakorzenienia w pewnej ontologii osoby ludzkiej. Chodzi o nieumiejętność uprawiania teologii moralnej opartej na prawdzie o człowieku, co więcej – na tej prawdzie, która wypływa z metafizycznego widzenia ludzkiej osoby.

 

Trzeba wrócić do metafizyki?

 

Trzeba wrócić do metafizyki, która zawsze rodzi się w modlitewnym spotkaniu z Bogiem.

 

Rozmawiała Barbara Stefańska
Idziemy nr 35/2023