logo
Wtorek, 07 lutego 2023 r.
imieniny:
Ryszarda, Teodora, Wilhelminy, Eugenii, Romualda – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 

Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
ks. Przemysław Bukowski SCJ
Ślady powiązane
Czas Serca
 
fot. Sylas Boesten | Unsplash (cc)


Najbardziej intrygują mnie ludzie, którzy myślą zupełnie inaczej niż ja, jakby spoza mojego systemu. Być może również spoza typowo kościelnego myślenia. Znam wielu takich, którzy karmią się rozmowami wyłącznie z tymi, których rozumieją, którzy są swoi, myślą podobnie, w podobnym środowisku ukształtowały się ich umysły i wrażliwość. Ja mam apetyt na wypieki nieznane. Nie wiem, czy to kwestia gustu czy wychowania. „Inne” jest dla mnie po prostu bardziej atrakcyjne, wprowadza w mój świat pewną świeżość. To dla mnie potencjalny początek jakiejś więzi.

 

Więź bowiem może powstać tylko tam, gdzie ktoś drugi jest ode mnie różny, inny i dlatego może wypełnić to, czego sam nie dam rady wypełnić, oraz pozwala mi poznać to, czego sam o sobie do tej pory nie wiedziałem. Więź zakłada również, że ten drugi także nie jest samowystarczalny, dlatego mnie poszukuje. Sam nie jest bowiem w stanie wszystkiemu podołać, a jego samowiedza również nie jest pełna, spodziewa się jakichś odsłonięć. Aby być sobą, potrzebujemy takich wzajemnych odniesień. To, jacy jesteśmy, zawdzięczamy przecież naszym rodzicom, przyjaciołom, później swoim dzieciom. W innym sensie także wzorcom, wsparciu, poradom, jakich doświadczamy i jakie otrzymujemy. Jesteśmy niewystarczalni. Ta niewystarczalność jest powołaniem i misją, nie wadą czy ułomnością.

 

W (bez)ruchu

 

Tak wiele i tak szybko się dzieje. Wszystko się zmienia, ucieka spod naszych nóg i naszych wyobrażeń, naszych jeszcze do wczoraj ustalonych kanonów i racji. Wydaje się, że najpewniejszą stałą w tym wszystkim, czego doświadczamy, jest właśnie zmienność tego, co poznajemy. Taki paradoks: stała zmienność. Coś, co da się uchwycić tylko wówczas, kiedy sami za tym pobiegniemy i nie pozwolimy temu odejść. Kiedy będziemy chcieli dotrzymać kroku. Kiedy nie pozwolimy, by zniknęło z naszego horyzontu. To chyba jedyny możliwy sposób zatrzymania tego, co nami wstrząsa i wybija nas z zardzewiałego myślenia. Oczywiście możemy pozostać na swoim miejscu, przyglądać się, bezpiecznie obserwować, ale wówczas z każdą chwilą będziemy widzieć słabiej, gorzej, mniej. Aż w końcu w ogóle utracimy z pola widzenia obiekt naszego uczestnictwa. Pozostaniemy statycznymi obserwatorami z mniej lub bardziej bogatym bagażem wspomnień. Najczęściej na własne życzenie. Ruch jest źródłem wszystkich zmian, ale i jedynym sposobem dotrzymania im kroku. Życie człowieka jest takim ruchem. Ruchem, który dopomina się o zaangażowanie. Mówi się, że wszyscy muszą umrzeć, ale nie wszyscy tak naprawdę żyją. Przeczekują swoje życie. Obserwują je z dystansu, tak jak w telewizji ogląda się polityczne afery czy prognozy pogody. Czasem owe obrazy wywołują jeszcze w człowieku jakiś ruch, jakieś emocje, jakiś bunt, sprzeciw wobec takiego porządku. Co jednak, jeśli są to już tylko tępe spojrzenia i głuchy słuch?

 

Znawcy w tempie

 

Wydaje nam się, że wiele z życia rozumiemy. Że dzisiaj po prostu żyje się, się żyje. Że życie stało się prostsze, bardziej przewidywalne. Walczymy być może o lepsze warunki naszego życia, jego lepszy status, zdrowszą żywność, wygodniejsze mieszkanie, tańsze leki… Ale samo życie nas już tak nie interesuje. Ono po prostu jest. Tam, gdzie my jesteśmy, z nami, w nas. Nie ma się co nad nim zastanawiać. Nie ma na to czasu. Wszystko w zasięgu naszych obserwacji stało się prostsze lub po prostu straciliśmy wiarę w możliwość jakiegokolwiek adekwatnego poznania. Wszystko jest bardziej osiągalne, ale niekoniecznie bardziej „nasze”. Mimo to apetyt nie słabnie. Więcej, zagarnia on coraz dalsze przestrzenie. Nawet kosmos ma być dla nas dzisiaj bardziej dostępny. Jeśli jeszcze nie całkiem w sensie dosłownym, fizycznym, to przynajmniej w wymiarze jego badań czy astronomicznych teorii. Wiele kosmologicznych spekulacji uwiarygodnia się bowiem z dnia na dzień. Człowiek ogarnia swym panowaniem kolejne galaktyki, z obserwacji czarnych dziur domyśla się istnienia osobliwości. Podobnie ma się rzecz ze światem całkiem bliskim, prawie zza okna. Nawet jeśli bowiem nie jesteśmy jeszcze w stanie zapobiec potencjalnym katastrofom czy żywiołowym zagrożeniom, ich mechanizmy rozumiemy coraz precyzyjniej. W wielkiej bibliotece wszechświata szybko odnajdujemy interesującą nas czytelnię. A w niej z kolei oszczędnie administrujemy czasem w poszukiwaniu adekwatnej literatury. Liczy się tempo i specjalizacja. Świat pod naszymi nogami to świat na naszych usługach. Trzeba po prostu żyć i korzystać. Czynić sobie ziemię poddaną.

 

Syzyf zrezygnowany

 

Zdarza się jednak, że osobiście zaboli nas życie. Wówczas zmieniają się wszystkie perspektywy. Kiedy powódź zabierze nasz dom, cały kosmos wali nam się na głowę. Kiedy mąż zdradzi… Dziecko się wyrzeknie… Spotka nas zawód… Wówczas pojawiają się niecodzienne pytania i niepospolite dylematy. Przestają być ważne niezapłacone rachunki, wczorajsza sprzeczka z sąsiadem czy poranna migrena. Zauważamy wtedy, że nie nadążamy za naszym życiem. Zawodzi nas ogrom potrzeb i niedostatek dóbr, które mogłyby je zaspokoić. Zawodzi każda władza, którą w wolności wybieramy, by ograniczała naszą wolność. Zawodzi szczere dobro, które wobec innych okazuje się złe. Zawodzą bezsensowne próby szukania nadziei. Bunt, który nie ma już siły. Nieśmiertelność pozostawianych dzieł, która nie wystarcza. Zawodzą nowości, które się starzeją. Krewni, którzy nie pomagają. Wspólnota, w której czujemy się samotni. Kościół, który nie rozumie. Bóg, który nie słucha… Zawodzi życie, które coraz słabiej żyje. I tak zawody stają się imionami naszych kolejnych historycznych wspomnień. Granicami, za które nie daje rady przejechać bolące nas życie.

 

Mimo lęku wysokości

 

W człowieku rozgrywa się wiele nierozstrzygalnych gier i bitew. Nawet jeśli wygra jedną z nich, nie może być przecież pewien, że również jutro medal zwycięzcy ozdobi jego potrzebę sukcesu. Że lojalni i wierni okażą się ci, dla których jest narzuconym przywódcą. Że pamięć wdzięcznych nadal będzie szczera, a obsada bezkonkurencyjnego dobroczyńcy dozgonna. Targają nim napięcia i rozterki. Zdobywane prawdy okazują się zbyt wielkie, a absolutne rozstrzygnięcia nieosiągalne. Człowiek doznaje wstrząsów na samą myśl, że to, co stworzył wczoraj, może jutro nie istnieć. Że każda wielość postawionych pięter może się ugiąć przy choćby subtelnym naruszeniu parteru, o którym na trzydziestym piętrze już dawno nie warto pamiętać. Niektórzy uważają, że w owym pędzie życia człowiek wprawdzie odnalazł to, czego szukał, ale jednocześnie zagubił to, co wcześniej miał. Że być może „pokonał wszystkie odległości, ale nie stworzył żadnej bliskości” (Martin Heidegger). Świadomość tego, że życie godzina po godzinie kradnie czas, jeszcze bardziej potęguje w człowieku pragnienie właściwego wykorzystania go do końca. Czas to życie, a życie to ja. Człowiek nie chce odpuścić życia. Mimo wszystko chce przetrwać. Nadążyć za swoim życiem i odbić się od swoich zawodów. Ludzkie poszukiwania bowiem nie zawsze mają kosmiczne ukierunkowania, ale zawsze mają nieskończone horyzonty. I nic temu nie przeszkodzi. Człowiek bowiem, nawet jeśli zachłystuje się szklanką wody, nadal pragnie oceanu. Chce żyć, przeżyć swoje życie, prze-żyć je, przechytrzyć, wypowiedzieć mu protest, nie zgodzić się na jego koniec i jego ograniczenia. I właśnie ta niezgoda – obok rozmiaru pytań, które stawia życiu, i wielkości zawodów, jakich w nim doznaje – świadczy o jego osobistej wyjątkowości. Można powiedzieć, że człowiek jest wielki wielkością znoszonych trudów i podejmowanych prób, nawet jeśli nie zawsze kończą się one sukcesem.

 

Musi – może – powinien

 

Ale i to nie wystarczy. Że pragnę w nieskończoność. Że nad wszystkim panuję. Że jestem wolny, więc mogę robić to, co uważam za słuszne. Męczy mnie taka wolność, która jest wyłącznie dla mnie samego. W której wyczerpuje się cała moja potencja i kreacyjna zdolność. Człowiek może się bowiem wyczerpać. Znudzić życiem, w którym istnieje wielość racji i prawd bez żadnych odniesień. Może nabrać dystansu, który zamieni jego bytowanie w bezruch i bezpłodność. Może przeżywać osobiste tragedie bez współczującego wzroku, w którym mógłby odnaleźć solidarność i pomoc. Ale może też w końcu spostrzec, że wszystko powinno być inaczej. Że obok tego oczywistego „dla mnie” istnieje jakieś inne „dla”. Być może pojawi się ono dopiero wtedy, kiedy sam uświadomi sobie, że jest dla kogoś ważny. Kiedy usłyszy i przekona się, że nie musi być doskonałym, by być dobrym. Że nie musi za wszelką cenę bronić swej odrębności, bowiem jego indywidualność i wyjątkowość właśnie „z kimś” i „dla kogoś” nabierają pełnego znaczenia.

 

Człowiek może oczywiście zlekceważyć czy zignorować te odniesienia. Wolność we dwoje jest zawsze bardziej ryzykowna i narażona na niezasłużone ciosy. A jednak tylko taka wolność wobec kogoś jest wolnością naprawdę. Wolnością, która uczy, by nie obwiniać się zbytnio i nie mścić na kimś, kto jest ode mnie lepszy. Kto potrafi mi współczuć wtedy, kiedy ja jeszcze tego nie potrafię. Kto uczy mnie głębszej niż dotąd wolności. Takiej, w której każde miejsce jest pierwsze, a nie ostatnie. W której naprawdę współczuję nie wtedy, kiedy mnie boli tak jak jego, ale właśnie dlatego, że jego boli bardziej. Człowiek może się odnaleźć w takich odniesieniach, więziach, wspólnotach. One nadają ruch jego życiu. Wymagają spotkań, świadectw, zostawiają ślady udanych i nieudanych wspólnych wędrówek. Człowiek potrzebuje takich wspólnot, bo tylko dzięki nim istnieje w nim to, czego sam nie potrafi nazwać. Być może właśnie to, co w człowieku najprawdziwsze i najcenniejsze, najsłabiej wypada w jednostkowych ludzkich definicjach.

 

Po śladach piór

 

Każdy zostawia za sobą pewne ślady. One mogą być bardzo różne. Zapisane książki, nagrane płyty, internetowe wpisy, pomniki różnej maści. Pragnienie wieczności tych śladów jest w człowieku jednak głębsze niż możliwość ich fizycznego przetrwania. Nawet jeśli czasem tak się wydaje, nie wystarczają mu papierowe czy elektroniczne archiwa, marmurowe westchnienia przyszłości. Najbardziej wyjątkowym śladem życia człowieka są bowiem ludzie, którzy wędrują jego śladami, mądrze przedłużając jego życie. Chcą żyć tak jak on. Potomni, w każdym sensie, są jedynym wiarygodnym świadectwem. Ile razy patrząc na dziecko, dopatrujemy się w nim jego rodziców? Mówimy „cały ojciec” lub „cała matka”. Zatrudniając absolwentów, pytamy, z czyjej szkoły się wywodzą i kto był ich mentorem. Jezus również mówił swoim apostołom: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię” (Mk 16,15), moją Ewangelię. A oni odpowiadali: „Bo my nie możemy nie mówić tego, cośmy widzieli i słyszeli” (Dz 4,20). Wspólnota zakłada więź. Więź jest ruchem, próbą godzenia przeciwieństw. W niej ujawnia się pewne napięcie, z którego nie możemy się wyzwolić. Szukamy tego, czego nam brakuje i co jednocześnie chcemy przekraczać. Nasze człowieczeństwo tworzone jest bowiem przez dziedzictwo, którego jesteśmy dłużnikami i spadkobiercami, a dzięki któremu możemy rozwijać nasze zdolności oraz stać się sobą. Jednocześnie bez nas nie przetrwa i nie rozwinie się to, co zastaliśmy i przyjęliśmy, wybraliśmy jako swoje. Jesteśmy wykonawcami testamentu, w którym nie chodzi o zwyczajną kontynuację, balsamowanie przeszłości, świętowanie jubileuszy: „Zostanę przy tym, co zastałem, bowiem nie stać mnie na zastąpienie czegokolwiek”. W tym sensie rację ma Chantal Delsol, stwierdzając, że rozkwit i sukces muzeów mogą paradoksalnie wskazywać na koniec sztuki. W człowieku jest bowiem coś, co przeczuwa, że „nie sposób żyć na ruinach”, nawet jeśli są one wyjątkowe, bo wznoszone przez złote wieki naszych świętych przodków. Przetrwać mogą bowiem tylko takie ślady, które same pozwalają się kwestionować, reinterpretować. Które są twórcze na jutro, bowiem otwierają nowe horyzonty i rodzą świeże owoce. Które są wspólne – to znaczy zrobione z kimś i dla kogoś. Takie ślady nie uziemiają, ale ciągną w górę.

 

ks. Przemysław Bukowski SCJ
Czas Serca nr 137

 
Zobacz także
ks. Tomasz Podlewski
 
Jak przeżywasz przygotowanie do wizyty kogoś szczególnego? Aura za oknem nie ma znaczenia, wywrócenie mieszkania do góry nogami nie stanowi problemu. Ani sprzątanie, zrobienie wielkich zakupów czy zadbanie o siebie samych. Podobnie jest z Adwentem. Ukochanym Gościem jest sam Jezus a mieszkaniem – twoje serce.  
 
Ks. Artur Jerzy Katolo
Techniki sztucznego zapłodnienia, zarówno typu homologicznego jak i heterologicznego, są przyczyną „produkcji” embrionów nadliczbowych, które bywają wykorzystywane zarówno w stanie świeżym, jak i zamrożonym. Jest to jeden z aspektów sztucznego zapłodnienia – które i tak jest etycznie niedopuszczalne z wielu innych powodów, szczególnie zaś zapłodnienie heterologiczne – który wywołuje najcięższe obiekcje i domaga się jednoznacznego opowiedzenia się przeciwko wszelkiego rodzaju propozycjom uzurpującym sobie prawo do decydowania o przeznaczeniu embrionów...
 
Marek Wójtowicz SJ
O swojej bolesnej historii mówiła, że zawsze doświadczała tajemniczej Obecności. Nie wiedząc o istnieniu Anioła Stróża, doświadczała jego opieki w najbardziej tragicznych chwilach swego życia. To właśnie w czasie pełnej udręki podróży z uprowadzonymi z wiosek niewolnikami jeden z arabskich handlarzy nazwał ją Bakhita, co po arabsku znaczy Szczęśliwa. 
 
 
___________________

 reklama

katolicyzm