Chanel Santini KATOLIK.pl - Portal katolicki dla wierzących, wątpiących i poszukujących
DRUKUJ
 
Sławomir Rusin
Wiara czy terapia?
List
 


Ojcze, co to znaczy wierzyć?
 
Nasza wiara ma dwa wymiary: treści, tzn., że w coś lub Kogoś wierzymy i staramy się "to" opisać, i relacji – nie tylko wierzę w Kogoś, ale przede wszystkim wierzę Komuś, mam do Niego zaufanie. Treść wiary, to, co nam mówi Objawienie, a czego Kościół naucza, jest dla nas swego rodzaju mapą religijną. Ta mapa wskazuje nam kierunek drogi, ratuje nas przed pobłądzeniem, natomiast do nas należy wejście na tę drogę, nawiązanie relacji z Tym, kogo pragniemy poznać. Ten drugi wymiar – jeśli chcemy mówić o dojrzałej wierze – jest bardzo ważny, gdyż wiara to rodzaj egzystencjalnego ukierunkowania na Osobę, którą jest Bóg. 
 
Panuje przekonanie, że współczesny człowiek jest niedojrzały, nie podejmuje wiążących decyzji, nie buduje dojrzałych relacji. Czy taki człowiek może wierzyć dojrzale?
 
Jeśli nasze umiejętności budowania dojrzałych relacji są ograniczone, hamowane, to przekłada się to na wymiar relacji w naszej wierze. Ludzie, którzy mają trudności w budowaniu relacji, nie zawsze potrafią wejść w relację z Bogiem, bo nie wiedzą, czym ona jest, czy – co w tym przypadku o wiele ważniejsze – nie wiedzą, co to więź. relacje mają bowiem najczęściej charakter użytkowy: spotykamy się, rozmawiamy, żeby np. załatwić jakiś interes, natomiast więź jest bezinteresowna. Więź z Bogiem jest tak naprawdę najgłębszą formą relacji.
 
Jak ją budować?
 
To Bóg wychodzi z inicjatywą budowy więzi – Jezus pierwszy nazwał nas swoimi przyjaciółmi (por. J 15, 14). Choćbyśmy nie wiem jak bardzo pragnęli więzi z Bogiem, sami nie możemy jej nawiązać. Jedyne co możemy zrobić, to przyjąć bądź odrzucić zaproszenie od Boga.
 
Jaka jest rola uczuć we wchodzeniu w więź z Bogiem? Dla wielu ludzi bardzo ważne jest np. poczucie bliskości Boga podczas modlitwy.

Mamy bardzo silną potrzebę doświadczenia obecności Boga. Ona może być, i często jest, szczera, ale Bóg to nie są nasze uczucia – nawet te najpobożniejsze. Niedawno rozmawiałem ze studentką, która uważa, że nie wierzy, ale "bardzo chciałaby być nawrócona". Kiedyś uczestniczyła w spotkaniu grupy modlitewnej i tam przez chwilę poczuła Bożą obecność. Kiedy jednak wyszła ze spotkania, odczucie minęło. Czy to był Bóg? Być może. Tyle że my nie możemy wiązać się z odczuciami, bo wtedy Bóg staje się kimś, kto ma spełniać nasze potrzeby związane z poczuciem bezpieczeństwa, z bliskością. a co wtedy, gdy nie będzie ich spełniał?
 
Zobaczmy, jak umierał Jezus. Modlił się: Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił? (Mk 15, 34). i to jest prawdziwe kryterium wiary – nie doświadczenie tego, jak wspaniały jest dla mnie Bóg i jak wielkimi łaskami mnie obdarza, ale przejście przez ogołocenie, kenozę. To, co "uratowało" Jezusa, to nie poczucie obecności Ojca, ale Jego więź z Nim. Ta więź Boga z Człowiekiem, która przetrwała doświadczenie krzyża, uratowała także nas.
 
Co się stanie z naszą wiarą, jeśli napotka – a tak chyba jest w życiu każdego chrześcijanina – doświadczenie krzyża, ten krzyk Jezusa? Jeśli ktoś uważa, że takie doświadczenie jest tylko doświadczeniem Jezusa, to ma złe wyobrażenia na temat chrześcijaństwa. Jeśli uważa, że normalne dla rozwoju duchowego jest stałe poczucie Bożej obecności oparte na uczuciach, także jest w błędzie.
 
Nie negowałbym takich doświadczeń bliskości, takich odczuć czy przeżyć, ale też nie przywiązywałbym się do nich. Mistrzowie duchowości mówili: jeśli masz takie przeżycia, to nie wpadaj z ich powodu w dumę, nie przywiązuj się też do nich, ale zostaw je, bo i tak odpłyną.
 
Czy w modlitwie powinniśmy zatem uciekać od wyobrażeń na temat Boga?
 
W rozwoju duchowym zaczyna się od wyobrażeń i projekcji, ale jeśli człowiek rzeczywiście angażuje się w modlitwę, to przyjdzie taki czas, w którym nie będzie odczuwał obecności Boga. Można brać ewangelię, można nad nią medytować, ale gdy przychodzi kryzys, noc, pojawia się przeświadczenie, że mówimy albo do siebie, albo ciągle to samo. Chcemy stanąć w obecności Boga, a czujemy się tak, jakbyśmy stali przed ścianą. Ten kryzys jest nieunikniony, ale ma on prowadzić do doświadczenia w wierze, które w liście do Galatów św. Paweł opisuje słowami: Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus (Ga 2, 20).
 
I to jest dojrzała wiara?
 
Tak. Ona polega na egzystencjalnym przeżyciu tych słów św. pawła, na tym, że to wyznanie kształtuje całe nasze życie.
 
Czy może Ojciec podać jakieś praktyczne wskazówki, jak budować dojrzałą wiarę?
 
Najpierw musimy zgodzić się na to, że te różne religijne "systemy zabezpieczeń", które stworzyliśmy, by pomogły nam w życiu (np. zachowuję przykazania, więc nie może mnie spotkać nic złego), są w dużym stopniu iluzją. W momencie, w którym te "zabezpieczenia" z jakiegoś powodu przestają działać, trzeba wejść na drogę szukania tego, co autentyczne. Kiedy człowiek przeżywa różne sytuacje kryzysowe, musi znaleźć oparcie w autentycznej wierze, bo tylko ona jest mu w stanie pomóc. Tutaj jednak nie można dać prostych rad, bo wiara jest łaską.
 
Ale łaska działa we współpracy z człowiekiem.

Współpraca tak, w myśl tego, co mówił św. ignacy Loyola: aby znaleźć w życiu pana Boga, musisz najpierw spojrzeć w głąb siebie i uporządkować swoje uczucia. Teologia duchowości mówi o wrażliwości na natchnienia Ducha Świętego, ale człowiek, który jest wewnętrznie nieuporządkowany, nie usłyszy ich, zagłuszy je albo źle zinterpretuje. Wielu ludzi, mówiąc, że doświadcza boskich natchnień, opisuje tak naprawdę porywy swoich emocji. Żeby być wrażliwym na natchnienia Boga, który działa delikatnie, także przez nasze uczucia, trzeba się najpierw do nich dostroić. Żeby móc rozpoznać w naszych uczuciach działanie Boga, trzeba najpierw wiedzieć, jakie uczucia w sobie nosimy. W tym może nam pomóc psychologia, choć jej działanie jest ograniczone. psycholog pomoże nam w nazwaniu uczuć, w dochodzeniu do nich, ale rozeznawanie w nich obecnego i działającego Boga to już zadanie dla kierowników duchowych i spowiedników.
 
Czy można zaryzykować stwierdzenie, że psychologia pomaga nam wierzyć?
 
To bardzo przewrotne pytanie, więc przewrotna będzie odpowiedź. Z badań wynika, że u osób, które poddały się psychoterapii z powodu odczuwanego przez nich cierpienia i zostały od niego uwolnione, przeważnie zmienia się nastawienie do religijności. Wiara już nie jest tym, co miało ich chronić przed nieszczęściami, dawać poczucie bezpieczeństwa. Ci ludzie odkrywają ją najczęściej na głębszym poziomie, otwierają się na jakiś etap duchowego rozwoju, natomiast bywa, że cofają się, jeśli chodzi o zewnętrzne zaangażowanie religijne. Nie tyle uciekają od praktyk religijnych, co szukają ich ducha. rytuał już nie jest dla nich czymś zewnętrznym, ale staje się wyrazem ich pragnień i potrzeb w relacji z Bogiem. Człowiek, szukając podczas psychoterapii motywów swojego postępowania, może doszukać się motywów swojej religijności. Może ją pogłębić lub stwierdzić, że religijność była mu do tej pory tak naprawdę potrzebna tylko do radzenia sobie z problemami. Teraz, gdy dzięki terapii, już sobie z nimi poradził, nie widzi sensu praktyk religijnych.
 
Jeśli człowiek odrzuca religijność, to może znaczyć, że nigdy tak naprawdę nie wszedł w nią głębiej. Natomiast jeśli ktoś wierzy naprawdę, to odkrycie prawdy o sobie będzie dla niego zaproszeniem do oczyszczenia się z wcześniejszych nieuporządkowanych, niedojrzałych motywów wiary. Odpowiedź na pytanie, czy ktoś ma wierzyć, czy nie, nie jest jednak domeną psychoterapii. Człowiek sam musi wziąć odpowiedzialność za to, co odkrył i sam musi podjąć decyzję, co dalej z tym zrobić.
 
W trakcie psychoterapii może dojrzeć w wierze, ale może również wiarę utracić. Trzeba pamiętać, że psychoterapia pomaga człowiekowi wejść w siebie i odkryć motywacje swoich postaw. prędzej czy później może ona również doprowadzić do konfrontacji z pytaniem: "Dlaczego wierzysz?".
 
Powiedział Ojciec, że osoby po przejściu psychoterapii często odkrywają wiarę na głębszym poziomie, a cofają się, jeśli chodzi o praktyki religijne. Ale przecież praktyki religijne pomagają wierzyć...

Niekoniecznie. Jeżeli mamy do czynienia z religijnością zewnętrzną, to ona wierze nie pomoże. W takiej religijności wiara sprowadzona jest do bożka postawionego na półce albo powieszonego na ścianie, któremu spłacamy haracz, bo chcemy mieć zapewnione załatwienie swoich spraw. To jest idol, a nie Bóg. To tak naprawdę nigdy nie był Bóg.

Często podczas psychoterapii człowiek odkrywa, że jego relacja z Bogiem opierała się jedynie na lęku. Co wtedy?
 
Proces psychoterapeutyczny może pokazać oblicze Boga, w którego osoba wierzy, ale psychoterapeuta nie jest osobą, która powie: "Boga, w którego wierzysz, nie ma". On może najwyżej zapytać: "Słuchaj, jako osoba wierząca uważasz, że Bóg jest pełen miłosierdzia, wybacza grzechy, przyjmuje skruchę. powiedz mi, dlaczego ty tej swojej skruchy nie możesz przyjąć, dlaczego tak bardzo bronisz się przed przebaczeniem sobie czy przyjęciem przebaczenia ze strony Boga. Zastanów się, w jakiego Boga wierzysz". Może się wtedy okazać, że ta osoba ma kilka obrazów Boga i że ten świadomy obraz religijny, głoszony w Kościele, wcale nie jest najważniejszy. Być może ma ona wiele nieświadomych, demonicznych obrazów Boga, które są o wiele silniejsze i bardziej wpływają na jej życie albo wręcz je kontrolują. Zadaniem psychoterapeuty nie jest zmiana wiary takiej osoby, ale pokazanie jej niespójności.
 
Terapeuta musi też rozróżnić, czy powodem problemów człowieka jest religia, czy też ma on problemy niezależne, niespowodowane przez religię, natomiast daje mu ona język do ich nazywania. Na przykład: ktoś czuje się mało wartościowym człowiekiem, ponieważ nie doświadczył akceptacji ze strony innych, był odrzucany i wyśmiewany. Ludzkie doświadczenie ubrał jednak w język religijny i twierdzi, że to wszystko spotyka go słusznie, bo jest grzesznikiem. Czuje się odrzucony nie tylko przez ludzi, ale również przez Boga, co więcej, uważa, że na to zasługuje.
 
Jeśli terapeuta ma pacjenta obdarzonego olbrzymim poczuciem winy, który wiąże je ze swoim osobistym grzechem, to nie udzieli mu przebaczenia, bo nie jest spowiednikiem. Jego rolą jest przede wszystkim pomóc zrozumieć pacjentowi to, co on przeżywa.
 
A jeśli religijność jest powodem trudności emocjonalnych?
 
Wtedy trzeba się zastanowić, czy trudność leży w samej religii, czy w sposobie jej przeżywania.
 
Przecież religia, która kogoś niszczy, nie może być prawdziwa.
 
Tak, religia, która uzasadnia krzywdzenie innych czy siebie, nie jest prawdziwa. ale jednocześnie każda religia jest narażona na wszelkiego rodzaju fundamentalizmy, w których przemoc jest usprawiedliwiana – także chrześcijaństwo. Na terapię nie trafiają jednak fundamentaliści religijni, gdyż oni nie czują potrzeby terapii, bo mają własne uzasadnienie, dlaczego sami cierpią lub dlaczego mają zadawać cierpienie innym. Na terapię przychodzą osoby, które z różnych powodów mogą przeżywać swoją wiarę w niedojrzały sposób, co prowadzi do cierpienia. Główną przyczyną ich stanu nie jest jednak sama religia, ale ograniczony sposób jej rozumienia i przeżywania.
 
Na Zachodzie coraz więcej osób udaje się ze swoimi problemami duchowymi nie do duchownych, ale do psychoterapeutów. Dlaczego?
 
Ludzie szukają porady psychologa czy psychoterapeuty w kwestiach duchowych dlatego, że z jednej strony religia instytucjonalna straciła swoje wpływy, swój autorytet, a z drugiej – psychologia stała się pseudoreligią. W dobrej psychoterapii, polegającej na patrzeniu w głąb siebie, a nie tylko nastawionej na usunięcie symptomów, człowiek dochodzi do granicy możliwości psychologii i otwiera się na przestrzeń fundamentalnych egzystencjalnych pytań: "kim jestem?", "skąd przybyłem?", "dokąd zmierzam?". Dawniej ten obszar był zagospodarowany przez religię. Teraz odpowiedzi, które ona daje, dla wielu osób nie są wystarczające, dlatego próbują w psychoterapii znaleźć ścieżkę swojego rozwoju duchowego. Tymczasem psychoterapia, choć może prowadzić do duchowości, nie udzieli odpowiedzi na pytania natury duchowej. Ona może pomóc znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego zachowujemy się tak a nie inaczej, ale nie powie, jaki sens ma to, że jesteśmy tu, a nie gdzie indziej. Można całe życie spędzić na poszukiwaniu w psychoterapii odpowiedzi na pytanie: "dlaczego tu jestem?", ale nie dowiedzieć się niczego poza tym, dlaczego jestem taki a nie inny?
 
Powodem ucieczki w psychoterapię może być także kwestia języka, jakim posługuje się Kościół. Wielu uważa, że jest on niezrozumiały.
 
To bardzo złożony problem. Teologia uwikłana jest w kulturę, w której ten język się narodził i w której funkcjonuje. Jeśli język, który ma mówić o prawdzie, będzie niezrozumiały, archaiczny, to wiele osób będzie przeżywać kryzysy związane z nieumiejętnością odnalezienia się w wierze. Z czasem zanikło przecież rozumienie wielu symboli, którymi chrześcijaństwo posługiwało się od wieków. inaczej pojmował koncepcję logosu starożytny Grek, a inaczej współczesny człowiek (o ile w o ogóle jeszcze stara się ją pojąć). Z jednej strony jest to więc kwestia rozwoju i oczyszczania się teologii, szukania lepszego języka do opisu Boga, a z drugiej – tego, że żaden język nie jest adekwatny do opisu tajemnicy Boga.

Rozmawiał Sławomir Rusin
List 1/2005
  
fot. Andre_Rau Drip
Pixabay (cc)