logo
Poniedziałek, 25 czerwca 2018 r.
imieniny:
Łucji, Witolda, Wilhelma, Prospera, Doroty – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Przemysław Radzyński
Mój Bóg jest dżentelmenem
materiał własny
 


O rozwoju swojej choroby, naprawianiu relacji i Bogu opowiada Alkoholik K.

Pamiętasz swój pierwszy kieliszek?

Pamiętam kilka epizodów związanych z alkoholem. Miałem 14, może 15 lat. Ale nie mogę dać gwarancji, że to był absolutny początek. To było piwo z przyjacielem z sąsiedztwa. Wypiliśmy je po szkole, w ukryciu. Było okropnie gorzkie i ledwo przechodziło nam przez gardła, ale żaden z nas się do tego nie przyznał (śmiech). Wracam do tego wydarzenia i uświadamiam sobie, że już wtedy w moim życiu dominował strach i potrzeba bycia kimś innym, niż jestem. To było kompletnie nieuświadomione, ale kształtowało całe moje dalsze życie. Z perspektywy czasu mój alkoholizm to 1 procent picia i 99 procent strachu. Strachu we wszelkich możliwych odmianach.

Jak było później?

Później, przez wzgląd na alkoholizm taty, nie piłem w ogóle do 19 roku życia. Był taki czas, że manifestowałem swoją abstynencję i z pogardą patrzyłem na tych, którzy piją. Okres liceum. Wiesz, byłem przekonany, że są kompletnie nieodpowiedzialni, niemoralni, w najlepszym wypadku przejściowo głupi. Dzisiaj tęsknie do tych ludzi. Wszyscy, bez wyjątku, byli absolutnie wartościowi. To była wspaniała klasa. Nie potrafiłem zbudować z nimi relacji więc odgrodziłem się ścianą surowych zasad. To znów był strach. Tata chorował, mama chorowała (jest współuzależniona), więc w domu nie mogłem liczyć na nic trwałego. Surowe, skrajne zasady moralne były wodą na młyn. W końcu coś trwałego, niezmiennego i doskonałego. Wiesz ile razy wtedy usłyszałem, że doskonały jest tylko Bóg? Pycha zawsze wynika ze strachu. Miałem uszy, ale nie słuchałem (śmiech).

Regularne picie zacząłem na studiach. Studiowałem teologię i trafiłem na środowisko gdzie większość ludzi nie pije, albo pije bardzo mało. Z różnych względów. W pewnym momencie imprezowy styl życia dał mi nieuzasadnione, ale w pełni odczuwalne prawo do czucia się lepszym. Bycie lepszym było jedyną znaną mi drogą do bycia akceptowanym. Akceptowanym to złe słowo, za słabe. Do bycia kochanym. Alkohol spotęgował mój deficyt miłości a jednocześnie był lekarstwem. Błędne koło. Pijesz, bo brakuje Ci miłości, ale w konsekwencji picia jest jej jeszcze mniej. Skoro jest jej jeszcze mniej to pijesz więcej. Prawda jednak była taka, że cały czas miałem wokół siebie wielu ludzi: chorych, ale kochających rodziców, wielu oddanych przyjaciół. Nie mogłem tego zobaczyć. Na pół roku przed zaprzestaniem picia, piłem trzy, cztery piwa w tygodniu i średnio raz na tydzień imprezowałem "do spodu". Średnio, bo były okresy, gdy nie piłem przez tydzień lub dwa, ale później skutecznie nadrabiałem ten suchy czas.

Kiedy pierwszy raz się upiłeś?

Pierwszy raz "do spodu" upiłem się w górach. Na wyjeździe, który współorganizowałem. Miałem 19 lat. Długo budowałem z tego wydarzenia pomnik: przy każdej nadarzającej się okazji opowiadałem, co się wówczas wydarzyło. To było kilka zabawnych epizodów. Zabawnych, kiedy patrzy na nie wąsko. Szersza perspektywa daje innych obraz: już wtedy wchodziłem w śmiertelną, nieuleczalną chorobę. Ale kto myśli o śmiertelnej, nieuleczalnej chorobie, kiedy ma 19 lat i świat czeka na zdobycie? (śmiech). Wtedy ostrzeżenia po prostu nie działają. Tata alkoholik, mieszkający po sąsiedzku wuj, który śmiertelnie zatruł się alkoholem medycznym, kilka prelekcji na różnych szczeblach edukacji. Mnóstwo żywych-umarłych alkoholików wokół. Wiedziałem, że to okrutna choroba, ale mnie ona nie dotyczyła. Dlatego dzisiaj nie próbuję nikogo przestrzegać. Myślę, że byłoby to nieuczciwe.

Przez ostatnie pół roku picia średnio raz na tydzień piłem do utraty świadomości. Zdarzały się dość częste okresy picia w ilościach, które pozwalały mi wrócić do domu o własnych siłach, ale z czasem było ich coraz mniej.

Jak dużo piłeś?

Ilości nie mają tak naprawdę znaczenia, albo mają znaczenie drugorzędne. Od jednego ze swoich przyjaciół usłyszałem kiedyś zdanie, z którym absolutnie się utożsamiam: "ilekroć próbowałem kontrolować swoje picie, nie sprawiało mi ono przyjemności, a kiedy sprawiało mi przyjemność – nie mogłem go kontrolować". Na pewnym etapie rozwoju choroby picie, które nie kończyło się utratą świadomości straciło już sens.

Po roku abstynencji złapałem się na czymś zabawnym. Stałem w kolejce do kasy. Przede mną stała dziewczyna, która w koszyku miała dwa piwa. Byłem absolutnie zdziwiony, że tylko dwa. Nie mogłem zrozumieć po co komuś dwie puszki piwa. Przecież z taką ilością alkoholu nie można zrobić niczego konstruktywnego! Mogę mieć dzisiaj do tego dystans i patrzeć na takie sytuacje z uśmiechem, bo wiem, że to objaw mojej choroby.

 
1 2 3 4 5  następna
Zobacz także
Marek Michalak
Rozmowa z Markiem Michalakiem – Rzecznikiem Praw Dziecka, Kanclerzem Międzynarodowej Kapituły Orderu Uśmiechu i Kawalerem Orderu Uśmiechu, inicjatorem i współzałożycielem Stowarzyszenia Przyjaciół Dzieci Chorych SERCE...
 
Piotr Bryła
"Szczęść Boże" tak jeszcze kilkadziesiąt lat temu witali się mieszkańcy terenów wiejskich, małych miasteczek, górale, rolnicy oraz górnicy. W ubiegłych wiekach ten głęboko zakorzeniony w polskiej kulturze zwrot powitalny, chwalący Boga były jeszcze częściej używany. Pierwotne używano zwrotu "Szczęść nam Boże", a oznacza on "daj nam szczęście", "daj radość" , "Błogosław Boże"...
 
Katarzyna Parzych-Blakiewicz
Dla starożytnych Izraelitów, każde słowo było czymś wyjątkowym, mającym większe znaczenie niż tylko przemijający dźwięk, gdyż z nim wiązano siłę witalną pozostawiającą skutek. W ustach proroka ujawniało moc pochodzącą od JHWH, tj. potęgę, która uzdrawiała i dawała skuteczność czynom dołączonym do słowa. Słowo Boga bowiem, ma skuteczność stwórczą.
 
 

ISMCH

___________________
 
 reklama