logo
Czwartek, 15 kwietnia 2021 r.
imieniny:
Anastazji, Teodora, Adolfiny, Paternusa, Wacława – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Egzamin z wiary
Idziemy
 
fot. Marks of Mana | Unsplash (cc)


Co Bóg chce nam powiedzieć przez wydarzenia, które przeżywamy – oto zasadnicze pytanie. - mówi o. Józef Augusty SJ w rozmowie z Ireną Świerdzewską

 

Co Ojciec odpowiada pytającym o pandemię koronawirusa? Że to kara Boża, dopust Boży – czy lepiej Boga w to nie mieszać?

 

Cierpienie to tajemnica, przed którą staje człowiek. Ono jest wyzwaniem; zmusza człowieka, by podjął „pytania ostateczne” o swój los: o genezę życia, jego cel, sens. Słowa: „lepiej Pana Boga w to nie mieszać” są dla osoby wierzącej nie do przyjęcia. Głęboka wiara w Syna Bożego, który bierze na siebie wszystkie ludzkie cierpienia, otwiera nam drogę do „rozumienia” i pokornej zgody na cierpienie, wobec którego jesteśmy zupełnie bezradni.

 

W Biblii Bóg posługuje się chorobą, by zbliżyć grzesznika do siebie.

 

Wielu z nas mogłoby dać świadectwo, w jaki sposób choroba pomogła nam w zbliżeniu się do Boga, traktowania Go bardziej na serio. Ale pobożność nie jest gwarancją zdrowia, braku cierpienia. Dla człowieka wierzącego wszystko jest znakiem obecności Boga. Choroba jest szczególnie ważnym i wymagającym znakiem. Rodzi się jednak pytanie: o jaką chorobę chodzi? Co jest jej źródłem? Choroba, która jest konsekwencją destrukcyjnego życia, jest zupełnie innym znakiem niż choroba niezawiniona przez nikogo.

 

Używane wyrażenie, że choroba jest „dopustem Bożym”, jest w jakiś sposób uzasadnione. Przecież nic nie dzieje się bez Jego Opatrzności. Gdybyśmy jednak powiedzieli człowiekowi „małej wiary”:„Pan dopuszcza na ciebie chorobę, bo cię kocha”, zrobilibyśmy i Bogu, i samemu cierpiącemu niedźwiedzią przysługę. W rozmowie o cierpieniu musimy uwzględnić kontekst konkretnej osoby. Widzimy, jak mało adekwatny jest nasz język w mówieniu o najtrudniejszych sprawach wiary.

 

Rabin Abraham J. Heschel, myśliciel żydowski, mówi, że Biblia jest nie tyle księgą teologiczną, ile raczej antropologiczną. Opowiada nam bowiem o tym, jak człowiek doświadcza Boga na przestrzeni historii. Ta refleksja Heschela dobrze wyjaśnia, skąd tyle sprzecznych stwierdzeń o Bogu w Biblii. W Bogu nie ma żadnych sprzeczności, ale w ludzkim doświadczeniu Boga – już tak. Jezus przestrzega nas przed mechanicznym wiązaniem cierpienia z grzechem, własnym lub cudzym. Na pytanie: „Kto zgrzeszył, że się urodził niewidomym – on czy jego rodzice?”, Jezus odpowiedział: „Ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże” (J 9,2-3).

 

Czy mamy podstawy sądzić, że Bóg bardziej chroni tych, którzy się do Niego uciekają?

 

Psalmy są pełne obietnic, że Pan ochrania tych, którzy go wzywają. Ale pytanie zasadnicze: przed czym chroni? Często takie wyrażenia stosujemy do siebie mechanicznie i, jako pewien skrót myślowy, stwierdzamy: Pan chroni nas przed chorobą, przed wypadkiem, utratą pracy itp. Przecież żadna modlitwa nie ochroni nas, ani naszych bliskich, przed śmiercią. Modlitwa, w której człowiek powierza się Bogu, chroni go przed rozpaczą, nienawiścią, pychą. „Ci, którzy nie wzywają Pana, drżą ze strachu” – jak mówi Psalmista. Jezus w Ogrójcu „z głośnym wołaniem (...) zanosił gorące prośby i błagania do Tego, który mógł Go wybawić od śmierci, i został wysłuchany dzięki swej uległości” (Hbr 5,7). Jak został wysłuchany, skoro umarł na krzyżu? A przecież prosił: „Ojcze, jeżeli chcesz, zabierz ode mnie ten kielich” (Łk 22,42). Mimo Jego prośby kielich nie został Mu zabrany, ale wypił go do końca. Wzorem Jezusa musimy dodawać w naszych prośbach: „Jeżeli to jest zgodne z Twoją wolą, Ojcze”.

 

Człowiek jest istotą kruchą, śmiertelną, a czasami – jak obecnie, w dramatycznych tygodniach – „niespodziewanie śmiertelną” (Michaił Bułhakow). Ale wiara i zaufanie Bogu mówi nam, że nasze życie jest w Jego Boskich rękach. „I choćbym przechodził przez ciemną dolinę, zła się nie ulęknę” (Ps 23,4). W naszych świątyniach działają te same prawa wirusologii, co w każdej innej. Twierdzenie, że jesteśmy bardziej chronieni, ponieważ jesteśmy w przestrzeni kościelnej, byłoby jakąś arogancją.

 

Jakie znaczenie ma w takim razie śpiewanie suplikacji o oddalenie pandemii?

 

O oddalenie chorób, wojen, kataklizmów modlą się wierni wszystkich autentycznych religii. Kościół zachęca nas do odmawiania Różańca w intencji panującej pandemii. Nasza wiara zobowiązuje nas do powierzania miłosierdziu Boga całej ludzkości, każdego człowieka, bliskich, nas samych. Tak modlił się Jezus, a my, Jego uczniowie, naśladujemy Go. Mamy więc prosić Pana nieustannie, pokornie. Nasze zaufanie Bogu polega na tym, że nie rozliczamy Go, w jaki sposób wysłuchuje, kiedy nas wysłuchuje itp. W chwili zagrożenia możemy wołać jak apostołowie: „Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy?” (Mk 4,38). To ludzki odruch zniecierpliwienia, małej wiary, zagubienia, który Bóg przyjmuje ze zrozumieniem.

 

Jak w tej wyjątkowej sytuacji ma się wyrażać nasza wiara w Boga, w życie wieczne?

 

Choroba i śmierć to codzienne doświadczenie człowieka. Co pół sekundy umiera człowiek, a w ciągu roku umiera około sześćdziesięciu milionów. O tym się nie mówi w mediach, bo to oczywiste. A ilu ludzi, szczególnie dzieci, umiera z głodu, niedożywienia, z braku dostępu do medycyny w Afryce, wysoko w Andach? W 2001 r. w ataku na World Trade Center zginęło ponad trzy tysiące ludzi. To szokujące, ale mimo wszystko działo się to gdzieś daleko od nas i nie czuliśmy się aż tak zagrożeni. Podświadomie myśleliśmy: to nas nie dotyczy. Obecna pandemia krąży po świecie jak nieuchwytne widmo. A staropolskie pojęcie „powietrze morowe” stało się znowu aktualne. Kiedyś doniesiono Jezusowi o „Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar” (Łk 13,1-5). Spodziewano się, że Jezus potępi okrucieństwo Piłata. Nic podobnego się nie stało. Odwracając uwagę od Piłata i jego ofiar, Jezus mówi surowo: „Jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. Co Pan Bóg chce nam powiedzieć przez wydarzenia, jakie przeżywamy – oto zasadnicze pytanie.

 

A w jaki sposób mamy odnosić się do ograniczeń, braków związanych z pandemią?

 

Codzienne niedostatki, braki, ograniczenia to szkoła życia. One uczą nas wyrzeczenia, samozaparcia, które są konieczne. Każda choroba uczy nas pokory wobec życia, otwartości na Boga, powierzania się Jemu, wrażliwości na ludzi. Hiob daje nam piękny przykład. Poniżony przez chorobę, pogardę przyjaciół, żony, która go wyśmiewa, mówi z wiarą: „Dobro przyjęliśmy z ręki Boga. Czemu zła przyjąć nie możemy?” (Hi 2,10). Choroba to czas, w którym uczymy się realizmu życiowego, nieustannego stawania wobec rzeczy ostatecznych.

 

Czy taką postawą nie przesłaniamy powołania do szczęścia? Jesteśmy przecież stworzeni do szczęścia.

 

Ale to właśnie – paradoksalnie – doświadczenie kruchości życia pozwala nam docenić jego piękno, dobroć, wielkość. Przyroda o wchodzie słońca jest piękna. Krople rosy prześwietlone słońcem wydają się diamentami. Ale jest to piękno krótkotrwałe. Nasze życie jest też krótkotrwałe, kruche. Biblia porównuje je do mgły porannej, kwitnącego kwiatu, do kropli u wiadra.

 

Piękno i dobro naszego życia jest jedynie zapowiedzią piękna i dobroci życia wiecznego. Wszystko to, co jest udziałem życia doczesnego, jest jedynie odbiciem dobra wiecznego. W tym kontekście przemijalność życia jest darem i łaską. Gdy zapomnimy choć na chwilę o powołaniu do życia wiecznego, ogarnia nas lęk, panika, zniechęcenie, rozpacz. Jeżeli usiłujemy zabezpieczyć życie doczesne na dziesiątki lat, i czynimy to za wszelką cenę, przemocą, samo życie staje się nieludzkie, niegodne, uciążliwe, nieznośne dla nas samych i dla naszych bliskich. Statystyki pokazują, że demony autodestrukcji, aż do samobójstwa, szaleją częściej w krajach wielkiego dobrobytu.

 

Ale mimo wszystko koszty pandemii w życiu ekonomicznym, społecznym są jednak niemałe. Już teraz mówi się o stratach, recesji, kryzysie…

 

To prawda. Ale też pandemia, która jest kataklizmem, demaskuje nasze zafałszowania w życiu osobistym, społecznym, ekonomicznym, politycznym. Ona pokazuje nam, co jest istotne, a co istotne nie jest. Jeden z dziennikarzy napisał, że na wielki sport spadła bomba atomowa, sytuacja przynosi bowiem miliardowe straty. W moim odczuciu – porównanie to urąga ofiarom Hiroszimy, Nagasaki czy ostatnio Czarnobyla. Chciwość psuje, demoralizuje nie tylko duszę pojedynczego człowieka, ale także duszę społeczeństwa, narodu, ludzkości. Globalizacja to narzędzie obosieczne. Wielkim korzyściom, jakie z niej płyną, towarzyszą równie wielkie zagrożenia. Teraz dotykamy zagrożeń płynących z globalizacji.

 

Jak przeżywać te dni, kiedy w Polsce i na świecie trwa walka z koronawirusem?

 

To za mało pytać: jak przetrwać te trudne czasy? Trzeba też pytać: co dobrego możemy zrobić dla siebie, dla innych. Trudne czasy są wezwaniem do gorliwszej służby Bogu, ludziom. Być uczciwym w czasie dobrobytu: nie kraść, nie kłamać, nie donosić na bliźnich – to żaden heroizm. Ale być takim w czasie wojny – oto wyzwanie. Obecna sytuacja jest dla nas egzaminem. Zadaje nam ona fundamentalne pytania: Co w naszym życiu winno być najważniejsze? Jakie jest nasze odniesienie do przemijania, do śmierci? Jakie są nasze relacje w rodzinie? Jest to także egzamin z naszej wiary. Trzeba nam wytrwale modlić się za chorych, za sprawujących władzę, za służby medyczne i wszystkich, którzy ofiarnie walczą z pandemią. Dodajmy i to, że trzeba podporządkować się zarządzeniom władz i odpowiednich służb.

 

Jest to także trudny egzamin dla instytucji państwowych, politycznych, społecznych. Niektóre firmy brutalnie wykorzystują sytuacje, by zarobić na lęku ludzi przed chorobą. Na przykład gwałtowne podnoszenie cen na niektóre podstawowe produkty, konieczne w sytuacji zagrożenia, jest niemoralne, cyniczne.

 

A sprawdzian dla Kościoła?

 

Mamy sytuację, jakiej nie było nawet w czasie wojny. Wierni będą pozbawieni rekolekcji wielkopostnych, Drogi Krzyżowej, zdecydowana większość wiernych nie może uczestniczyć we Mszy Świętej w świątyni. Ale nie jest to zagrożenie dla wiary. Jest to sprawdzian. Możemy przecież modlić się w domu. Cóż przeszkadza, byśmy wspólnie w rodzinie zaśpiewali Gorzkie Żale? Jest to także wyzwanie dla nas księży, by mądrze, z wiarą wspierać wiernych, podnosić ich na duchu, uczyć walczyć z demonami lęku. Pandemia to dla nas wszystkich wielkie wyzwanie ludzkie, moralne i duchowe.

 

Rozmawiała Irena Świerdzewska
Idziemy nr 12/13/2020

 
Zobacz także
o. Mirosław Pilśniak OP
W Polsce - jak mówią statystyki - co piąta para boryka się z problemem niepłodności. Nikt nie wie, dlaczego aż tak dużo. Medycznie da się uzasadnić tylko pewien procent przypadków, a to oznacza, że wiele par nigdy nie uzyska odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego nam się nie udało?"...
 
Dariusz Piórkowski SJ

Jeśli Adwent jest oczekiwaniem na Pana, to najpierw dotyczy to naszej konkretnej codzienności, a nie odległej przyszłości. Dlatego każde doświadczenie egzystencjalne, także grzech, może być bramą serca, przez którą On przychodzi do nas. Albowiem zawsze potrzebujemy Bożej łaski i zbawienia. Aby czekać na ostateczne przyjście Chrystusa, żeby wiedzieć, dokąd się podąża, najpierw trzeba przypomnieć sobie, skąd się pochodzi i kim się jest.

 
Marcin Cielecki, Marcin Jakimowicz
Post, modlitwa, jałmużna są jak trzy dyscypliny spięte jedną klamrą. To duchowy triatlon. Popiół, którym zostaną posypane nasze głowy, pochodzi ze spalonych palm wielkanocnych. Pochylam głowę i słyszę nad sobą przejmujące słowa: „Z prochu powstałeś i w proch się obrócisz”... W obrzędzie posypania popiołem głowy jest zapisana wielka opowieść wiary. Wiara jest widzeniem Boga – wciąż niebezpośrednio, wciąż przez znaki. Trzeba czytać w popiele, aby zrozumieć własną wiarę. 
 
 
___________________
 
 reklama